GNIDA – S.Y.F. (Patho/Alco Prod.)

Czasem człowiek potrzebuje małej odskoczni od normalności. Można wtedy złapać za siekierę, tudzież inne, ostre i czyniące krzywdę narzędzie i zabawić się tradycyjnego psychola – zabójcę. Można też upodlić się muzycznie i wtedy w tym specyficznym stanie umysłu idealne są dzieła w rodzaju debiutu Gnida. Piętnaście kawałków zamkniętych w niespełna piętnastu minutach totalnej, muzycznej patologii. Grind jest jak poezja; niby nikt nie rozumie w czym rzecz a mimo wszystko amatorów takiego rżnięcia nie brakuje…

Taaa… Gnida to twór patologiczny jak cholera. Już sam fakt, że w tak krótkim albumie udało się im upchnąć całą masę wrzasków, jęków i innych bardzo przyjemnych sampli, świadczy bez wątpienia o dużym poczuciu humoru oraz wyczuciu tego, o co w tym grindowym łojeniu tak naprawdę chodzi. A przecież nie chodzi tu o wirtuozerskie masturbowanie się instrumentami a zwyczajne, ostre rżnięcie. Można czepiać się tego, że album (sic!) jest krótki niczym lato w Polsce, że trochę mało w nim treści stricte muzycznej, ale co tam, „S.Y.F.” po prostu mi się podoba. Te krótkie odpalane niczym petardy strzały mają swój urok a to, że trwają po parę sekund – cóż, taka specyfika, taki flow. Wbrew pozorom Gnida ma całkiem sporo do powiedzenia w temacie muzyki, czego dowodem niech będzie ostatni na płycie numer (do którego powstał niezły, profesjonalny teledysk) – mocarne, ultra brutalne mielenie w najlepszym, death/grind stylu by US. Zdecydowanie na uwagę zasługuje fakt, że grind/death w wykonaniu Gnida to muzyka z pomysłem, dużo więcej niż prostackie łojenie na dwóch akordach i beznamiętnym blaście. Owszem, zespół potrafi pruć do przodu niczym przysłowiowy meserszmit lecz częściej wprowadza do swojego hałasu inne, ciekawsze środki wyrazu. Tempa są zróżnicowane – od mocarnych, mielących po wspomniane blasty, gitary raz walą bezpośrednią sieczką a innym razem łamią się w pokręconych riffowaniach. Jako całość „S.Y.F” wypada naprawdę dobrze. Jest to mocny, brutalny materiał z odrobiną pokracznego poczucia humoru w tle, materiał, który może spodobać się fanom takich aktów jak Lividity, Origin czy Pig Destroyer.

Na tym zakończę recenzję, bo nie wypada przecież by czytać dłużej niż trwa płyta. Może nie zabrzmi to zbyt dobrze, ale polecam wam kontakt z Gnidą, warto.

Wiesław Czajkowski

Cztery i pół