GLORIOR BELLI – Gators Rumble, Chaos Unfurls (Agonia)

Kilka lat temu Glorior Belli był jedną z pierwszych kapel blackmetalowych, które dostrzegły, że ogniska już dogasa blask i czas poszukać innego źródła ciepła. Po kilku latach w trzeciej lidze i nagraniu dwóch „rozmodlonych” albumów, o których nikt już nie pamięta zespół przestał ścigać się z Watain i Ondskapt, zamienił absynt na samogon a francuską riwierę na prerie Arizony. Wydany w 2009 roku „Meet Us At The Southern Sign” cieszył ucho zgrabną i zaskakująco spójną mieszanką black metalu, takiego w stylu Secrets Of The Moon, z hardrockowo -southern’owymi riffami i solówkami na bluesowych skalach. Dwie płyty później spotykamy zespół na tym samym rozstaju – żują lepszy tytoń, ostrogi zyskały połysk, ale trudno pozbyć się wrażenia, że to jednak tylko tarantinowy „Django”, a nie „Dzika Banda” Sama Peckinpaha.

Pierwsze wrażenie podczas słuchania „Gators Rumble, Chaos Unfurls” jest naprawdę budujące. Glorior Belli ma pomysł na siebie i przemyślaną wizję własnej muzyki, która jest daleka od postmodernistycznego zlepku sprzecznych elementów na zasadzie „im dziwniej tym lepiej”. Idealnie dopełnia tego sesja zdjęciowa zespołu – zamiast „Trzech Amigos” – srodzy penerzy z osiedla przyczep kempingowych, które mocno podupadło, od kiedy Everlast strzelił sobie tam foty do „White Trash Beautiful”. Analogicznie w warstwie muzycznej – black metal na średnich tempach i bagiennych riffach, ale bez banjo, harmonijki ustnej i „Bonanzy”. Wszystko to wygląda i brzmi pięknie, ale mam poczucie, że Glorior Belli stali się niewolnikami własnego pomysłu. To, co brzmiało świeżo na „Meet Us…”, na kolejnych płytach ujawniało niedobory na odcinku kompozytorskim, na które trudno przymykać oko i przytykać ucho. Brzmieniowo, aranżacyjnie i wykonawczo jest pierwsza klasa, ale wszystko to nie buduje prawdziwie ekscytującej całości – ten koń okulał już zresztą na „The Great Southern Darkness”. „Gators Rumble…” jest zbiorem fajnych zagrywek, estetycznie odpowiada mi jak najbardziej i w żadnym wypadku nie mam pretensji o quasi-jankeską stylizację – w końcu mówimy o gatunku, gdzie na porządku dziennym są kielichy, kandelabry i peleryny. Chciałbym polubić tę płytę bardziej, czyli chciałbym, żeby po kolejnych przesłuchaniach w głowie zostało mi coś więcej niż trzy wyróżniające się kawałki (w tym promujący album „I Asked For Wine, He Gave Me Blood”) i mnóstwo niewykorzystanego potencjału, który bulgocze np. pod rewelacyjnym wejściem w „Blackpowder Roars” albo w refrenie „A Hoax, a Croc!”. Co ciekawe, podobnie jak na „Meet Us…”, najmocniejszym momentem albumu okazuje się znów utwór instrumentalny („Backwoods Bayou”).

Mój duchowy niedosyt i wynikające z niego zrzędzenie byłoby pewnie mniej natrętne, gdyby „Gators Rumble…” nagrał jakiś debiutujący zespół – ale gdyby babcia miała wąsy, to by była Bobby’m Lieblingiem. Po czterech płytach własnych i piątej wydanej jako 11 As In Adversaries, po wypracowaniu własnego rozpoznawalnego brzmienia i sprawności wykonawczej mógłby rzucić się na głębsze wody, zrównoważyć klimat wyłącznie dobrymi kompozycjami i jakąś dawką szaleństwa. Może jeszcze kiedyś, przez wzgląd na stare czasy… Sorry Glorior, było fajnie, ale nic z tego nie będzie. Muszę lecieć, Cultes Des Ghoules w domu czeka. No nie płacz już, zadzwonię.

 Bartosz Cieślak

Cztery