GLASGOW COMA SCALE – Enter Oblivion (Fluttery Rec.)

Słyszeliście kiedyś o skali śpiączki Glasgow? W medycynie pozwala ocenić stan i świadomość pacjenta po ciężkim urazie głowy. Bierze się w niej pod uwagę m.in. otwieranie oczu, kontakt słowny, czy reakcje na bodźce, przyznając – że się tak kolokwialnie wyrażę – punkty. U delikwenta, który otrzyma ok. 13-15, uraz uznaje się za łagodny, jeśli zaś suma punktów nie przekracza 3, wtedy mówi się o śmierci mózgu. Dlaczego o tym piszę? Ano, taka medyczna ciekawostka na sam początek, oto przed wami płyta „Enter Oblivion” zespołu Glasgow Coma Scale.

Jak ma się post-rock w 2017 roku, czy umarł, a może wręcz przeciwnie – ma się doskonale? Za sprawą tej płyty postaram się przekonać Was, że żyje, ale punktów w skali, o której we wstępie, przyznałbym tak ok. 6-8. Otóż trio, w skład którego wchodzą dwaj bracia Piotr (git/sample/programowanie) i Marek (bas) Kowalscy oraz Helmes Bode (perc), wypuściło pięknie wyprodukowaną płytę, która zagorzałym fanom gatunku zapewne przypadnie do gustu, a dla osób, które szukają oryginalności i pomysłu w muzyce, będzie jedną z setek, jeśli nie tysiąca płyt, które mieli okazję przesłuchać i zwyczajnie w świecie do niej nie wrócą. No bo np. taki utwór „Sonda”, pierwszy na tej niespełna 45 minutowej płycie, ładnie się wkręca, słychać, że wszystko dopracowane jest na ostatni guzik, aż błyszczy od produkcyjnej perfekcji, ale co z tego, jak i tak „już to gdzieś słyszeliśmy”. Muzycy na swoim oficjalnym fanpage’u jako swoje inspiracje podają Mogwai, Isis, Devina Townsenda, Sigur Ros, czy nawet Daft Punk, i faktycznie słychać wspólne mianowniki: przestrzeń, klimat, mnóstwo miejsca na oddech, elektroniczne wstawki (brzmiące jednak bardziej industrialnie). Instrumentalnym kompozycjom brakuje pazura, czegoś co mogłoby słuchacza złapać za jaja, jakieś iskry, która rozpaliłaby ten muzyczny ogień. Ciekaw jestem jak zabrzmiałby „Venice Calling” z silnym wokalem, może to właśnie tego tutaj brak? Najmocniejszy punkt „Enter Oblivion” to „Ghost Not Found”, z lekko tool’owym basem i ładnym, ambientującym tłem. Warto wspomnieć też o zamykającym całość kawałku „Birthland”, w którym usłyszymy najcięższą partię gitar na krążku.GC

I tak sobie tych siedem kompozycji przelatuje przez nasz odtwarzacz. Niby wszystko gra, ale „nie żre”, nuty są ładnie poukładane i przemyślane, słychać, że za całość odpowiadają doświadczeni muzycy. Niestety, mnie ich granie kompletnie nie porywa. Mimo wszystko trzymam kciuki i mam nadzieję, że ich muzyczny mózg nie umrze i nie otrzyma w skali Glasgow zaledwie 3 punktów. Ode mnie zaś będzie na dzień dzisiejszy ciut więcej.

Tom Wolf

Trzy i pół