GIZMODROME – Gizmodrome (EARmusic)

Źle to wygląda, gdy starzy próbują zachowywać się jak młodzi. Pocieszni, oburzają się na umieszczanie ich w popkulturze w rolach śmiesznostki. Walczy z tym Eastwood, walczy Haneke, ale bądźmy szczerzy: stare jest zawsze stare i nawet jeśli czuje się młode, to ekran, papier czy suma bajtów obnaży jego przeterminowanie. Czwórka podstarzałych gwiazd rocka (a w zasadzie trójka: Stewart Copeland, Adrian Belew i Mark King) zamiast robić swoje, postanowiła, że sama zażartuje ze swojej dojrzałości i zrobi humorystyczny album dla oldboyów. Problem w tym, że właśnie ten żart pokazuje, jak źle może wyglądać starość. W pewnym wieku humor to pole minowe, na które lepiej nie wchodzić. Pozostaje nam wtedy fantastyczna perspektywa zostania starym zawistnikiem, życzącym innym, młodym i zdrowym, bolesnej śmierci.

Autoironia w muzyce? Proszę bardzo: całe złote lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku z The Talking Heads i Zappą na czele. To także okres największej popularności naszej czwórki (a w zasadzie trójki, bo w tym towarzystwie obecność jakiegoś Włocha podyktowana była chyba lokalizacją studia nagraniowego), gdy święciła triumfy z The Police, King Crimson i Level 42. Wtedy jednak ta pstrokatość i zgryw miały młodzieńczą świeżość, a także ówczesnych Stinga czy Davida Byrne’a u boku (wiecznie stary Fripp za to wybornie spacyfikował Belew). Później panowie nagrywali również świetne płyty, więc to coś, co recenzuję, stanowi ich świadomy muzyczny wybór. Zły wybór, jak zdążyliście się już zorientować. Belew jako gitarzysta na „Gizmodrome” gra gdzieś tą swoją kocią muzykę, która może i jest po części tak dobra jak niegdyś w The Bears, ale pozostaje bez znaczenia dla ogólnego wrażenia. Przede wszystkim wielkim skandalem było wyznaczenie jako głównego lub równorzędnego wokalisty Copelanda, gdy obok stoi, siedzi, leży lub śpi taki Belew. Na wizytówce tego ostatniego widnieją takie wokalne perełki jak „Frame By Frame” czy „One Time”. Mark King to ten sam kazus i prawie taki sam kaliber, ale i on zamiast śpiewać jakieś konkretne melodie, wpada w jakieś przedszkolne, słowne wyliczanki. Copeland coś tam umie, gdy przychodzi do śpiewania i „coś tam” najlepiej go w tej roli charakteryzuje. Ale nie ma co wsiadać na człowieka, bo winę ponosi tu każdy i za wszystko, począwszy od koszmarnej, bo typowej dla all-stars band okładki, skończywszy na tym filuternym granku. Gizmodrome brzmi tak, jak gdyby każda z gwiazd dała temu zespołowi to, co miała najgorsze, licząc na to, że potencjał twórczo-wykonawczy kolektywu załatwi sprawę. Nie potrafię znaleźć racji bytu dla tego poprockowego miszmaszu. Przecież ogarniam jakoś humorystyczną estetykę tej podszytej punkiem i funkiem rockowej sceny lat 80. Jedyny pozytyw, który przychodzi mi do głowy, to taki, że mógłbym w tej chwili słuchać innych, odrażających dinozaurów pokroju Gordona Haskella czy Mike’a od mechaników, o których wielkość otarła się raz w mezozoiku. No i drugi – dystans do siebie, który podobno pozwala dłużej żyć.G band

Naiwnie sądziłem, że dostanę coś o jakości grupy UK, ale panowie wybrali niezobowiązującą zabawę i bezwstydny luz, który jakoś nie może mi się udzielić i którego nie jestem w stanie docenić. Może po kielichu i po sześćdziesiątce ten album dojrzałby we mnie, ogrzałby mnie po chłodach dojrzałości wieku średniego i kredytu, ale niekoniecznie chce mi się dzisiaj przekonywać jak wesołe jest życie staruszka. Jedna gwiazdka dla Adriana, druga dla Belew.

Kuba Kolan

Dwa