GIRLS AGAINST BOYS – The Ghost List (Epitonic)

GvsB należą bezsprzecznie do najciekawszych, alternatywnych wykonawców, którzy zmieniali muzyczne lata 90 – te. Do dzisiaj dorobili się kultowego statusu a od 2002 roku, kiedy ukazała się ostatnia płyta „You Can’t Fight What You Can’t See”, mieliśmy nadzieję, że poza koncertami jeszcze coś się wydarzy. Cicha premiera tej ep – ki miała miejsce we wrześniu ubiegłego roku, jednak w związku z tym, że jeszcze nie wystygła a może przede wszystkim dlatego, że ją haniebnie przeoczyliśmy – dzisiaj, korzystając z posuchy początku roku, kilka słów na jej temat.

GvsB to przede wszystkim ambasadorzy TRANSU. Takiego prawdziwego, motorycznego, wciągającego i jedynego w swoim rodzaju. Trudno przeoczyć dwie zapętlone gitary basowe, nie ulec czarowi beznamiętnych choć jakże hipnotycznych wokali Scott’a McClouda i Eli Janney’ego, trudno nie oszaleć na punkcie „Venus Luxure no 1. Baby” czy „Cruise Yourself”. Dla każdego maniaka amerykańskiej muzyki wywodzącej się z alternatywno/post hardcore’owych kręgów tamtych czasów, może i dla fanów noise rocka, te nazwiska i płyty są oczywistością już od wielu lat. W zasadzie myślałem, że zespół, podobnie jak Fugazi, odpuści sobie nagrywanie, pozostając w grupie wykonawców już nieosiągalnych. Okazuje się jednak, że wszystko się może zdarzyć. W 2009 roku udało się zobaczyć zespół w Polsce, teraz mamy nową ep – kę, która – czego sobie i Wam życzę – zwiastuje pewnie nowy album. Bałem się trochę, że jak to bywa z takimi wydawnictwami, będzie cieniutko, jednak rozczarowania nie ma. Jasne, chciałoby się więcej, jednak tych pięć utworów zaspokaja oczekiwania i daje nadzieję na solidny długograj.

Jasne – najlepsze wrażenie robią te numery, które mogłyby powstać w okolicach 1995 roku – „It’s Diaomnd Life” czy „60 Is Greater Than 15” to absolutnie klasyczne brzmienie tego zespołu, pomysły, charakterystyczny, beznamiętny trans, świadczący o tym, że muzycy nie stracili iskry i nadal mają rasowe pomysły, w dodatku wzbogacone o bardziej niż kiedyś wyrazistą melodykę. Na płycie znajdziemy jeszcze zaskakująco rock’n’rollowy „Fade Out” i ujawniający fascynację techno „Kick”. Wszystko spięte jest klamrą charakterystycznego dla GvsB pulsu, łatwo rozpoznawalnego charakteru. Nie wymyślili niczego nowego, wrócili do dawnych czasów, jednak powiedzmy to sobie uczciwie – nie oczekujemy od nich niczego innego.

Zespół na „The Ghost List” otworzył sobie kilka furtek, wolałbym jednak, żeby trzymał się tych sprawdzonych ścieżek i powrócił raczej do okresu „Cruise…” niż „Freak*on*ica”, z całym szacunkiem dla tej płyty. Nie wiem, jak kształtują się plany zespołu, słucham któryś z kolei raz „60 Is Greater….” i po raz kolejny zachłystuję się klimatem lat 90 – tych. To był piękny czas dla muzyki alternatywnej. Niech nikt nie próbuje mnie przekonywać, że jest inaczej…

Arek Lerch

Pięć