GIRL BAND – Early Years (Rough Trade)

Przemoc niejedno ma imię, szczególnie jeśli chodzi o kwestię muzyczną. Nikt przecież nie powiedział, że jej elementem konstytutywnym muszą być blasty i pig squeale rodem z Obcene Extreme Fest, czego idealnym odzwierciedleniem jest twórczość dublińczyków z Girl Band. Szczególnie, iż udowodnili to za pomocą jedynie pięciu utworów.

„The Early Years”, bo o tym „składaku” mowa, jest albumem porażającym z dwóch względów: po pierwsze posiada niesamowicie zgrzytliwe, transowe, a często wręcz frustrujące brzmienie. Odczuwa się bowiem ich muzykę w sposób, który każe nam myśleć, iż wykonawcy (a w szczególności wokalista) cierpią na chroniczny brak chęci do życia, weltschmerz, przerywany spontanicznie atakami gniewu na wszystko i wszystkich wokół. Riffy, czy raczej coś na ich podobieństwo, rozbrzmiewają jakby były wygrywane na wysłużonych wiertarkach, aniżeli prawdziwych instrumentach – przykładem „The Law Man” czy drugi w kolejce, „De Bom Bom”. Sam wokal idzie natomiast o krok dalej – raz bywa beznamiętny aż do bólu, innym razem atakując histerycznym wrzaskiem i powtarzanymi do oporu słowami, jak w moim absolutnym faworycie, czyli „Why They Hide Their Bodies Under My Garage”. Faktem jest, że taka mieszanka może niektórych słuchaczy doprowadzić do mocnej irytacji, świadczy to jednak tylko i wyłącznie o sile oddziaływania albumu, wszystko w myśl prostej zasady „boli, znaczy, że jest dobre”. Nie bez powodu wspomnieliśmy we wstępie o przemocy.girl_band_press_20130425_2048x1365

Płyta poraża nas także z innego względu: przy całej swojej hałaśliwości, jest dziełem bezsprzecznie melodyjnym, a jeśli to stwierdzenie wyda się komuś nietrafione, ujmę to inaczej: ta płyta jest tanecznym soundtrackiem roku 2015! Oczywiście, mam tu na myśli potańcówkę pełną neurotycznych młodzieńców i ich równie schorowanych dziewczyn. To wymieszanie agresji z przystępnością brytyjskiego indie to jak dla mnie strzał w dziesiątkę. Nie oszukujmy się, malkontenci i tak będą narzekać – dla fanów d-beatu będzie za słabo i za wolno, dla bywalców Openera – za dużo w tym wszystkim jazgotu. Nie ma się jednak czym przejmować, należy za to słuchać, przekonać się, iż wszystko co napisałem w tej recenzji jest prawdą, czego dobitnym potwierdzeniem okazał się koncert chłopaków na tegorocznym Off Festivalu. Hałasu było mnóstwo, dzikich harców wśród publiczności również. Nic, tylko położyć się na ziemi i czekać na debiutancki album.

Kevin Nazencew

 Pięć i pół