GIMME DANGER – Story of The Stooges (Jim Jarmusch)

Ten film należał się temu zespołowi. To, że to jedna z ważniejszych grup w historii rock’n’rolla, jest rzeczą oczywistą chyba dla każdego w miarę świadomego słuchacza muzyki rockowej. Twarzą The Stooges zawsze był jednak Iggy Pop. Postać niezwykle charyzmatyczna, niemalże stereotypowy rock’n’rollowiec (a może to on jest przynajmniej częściowo odpowiedzialny za jego utrwalenie?), a przy tym człowiek, którego kamera bardzo lubi, co udowodnił w „Kawie i papierosach”. Zespół z takim znaczeniem i takim liderem wręcz sam się prosił o film, a jego powstanie wydawało się kwestią czasu. Czy jednak to miał być taki film jak Gimme Danger?

Jim Jarmusch z pewnością udanie nakreśla historię grupy, rozpoczynając od momentu poznawania się chłopaków – temu wątkowi poświęcił zresztą stosunkowo dużo czasu – i prowadząc ją aż do kresu istnienia The Stooges. Skupia się nie tylko na Iggy’m Popie i dużo miejsca oddaje pozostałym muzykom, jednak oczywiste jest, że Iggy kradnie show niemal za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie. Luz, niewymuszona swoboda i przy tym całkiem niemała elokwencja sprawiają, że to jego wypowiedzi i wspominki są najbardziej ciekawe. Mimo to reżyserowi udało się uniknąć typowego one man show, aczkolwiek od początku wiadomo, komu powierzył główną rolę. W swojej opowieści skupia się w równym stopniu na chronologicznym odtworzeniu biografii zespołu, co na barwnych opisach pozascenicznych ekscesów. Bardzo dużo miejsca poświęca też zagadnieniom społecznym czy kulturalnym, które miały niebagatelny wpływ nie tylko na postawę The Stooges, ale także na odbiór ich muzyki.2

O ile dbałość o szczegóły czy chęć wrzucenia do fabuły jak największej liczby ciekawostek jest jak najbardziej okej, tak niestety, odrzuca nieco utarta formuła typowego dokumentu. Jarmusch co prawda próbuje urozmaicić narrację zabawnymi animowanymi wstawkami, jednak jest to chyba nieco za mało, by skostniała forma stała się bardziej atrakcyjna. „Gimme Danger” opiera się właściwie tylko i wyłącznie na wypowiedziach sprawców całego zamieszania i materiałach archiwalnych – zarówno w postaci zdjęć, jak i fragmentów filmowych. Być może gdyby bohaterowie filmu nie siedzieli przed kamerą, a reżyser zdecydował się na nieco więcej dynamiki, całość wydawałaby się ciekawsza. A tak, dla kogoś, kto nie zna nawet pobieżnie historii The Stooges, „Gimme Danger” może wydać się po prostu mało interesujący i zbyt podobny do dokumentów emitowanych na TVP Historia.5

Mimo to, warto jeszcze raz podkreślić dbałość reżysera o szczegółowe przedstawienie poszczególnych osób. Nikt z pojawiających się na ekranie muzyków nie jest postacią bezpłciową i nijaką, nakreśloną jako jeden z wielu. Głównym celem, który zapewne chciał osiągnąć Jarmusch, było przedstawienie tych kolesi jako bandy outsiderów i wyrzutków, nie do końca docenionych za młodu i nieco wyprzedzających swój czas, którzy mimo upływających lat i nabrania paru kilogramów i zmarszczek, nadal są tymi samymi ludźmi. Świadczy o tym chociażby końcowa wypowiedź Iggy’ego: „Nie chcę być glamrockowcem, nie chcę być hiphopowcem. (…) Nie chcę być człowiekiem telewizji, alternatywy, nic z tych rzeczy. Nie chcę być punkiem. Chcę po prostu być”. Zresztą, cały film jest swego rodzaju manifestem wolności jako artysty, zatem być może reżyser próbuje przedstawić samego siebie pod postacią Iggy’ego Popa, doszukując się w nim pożądanych przez siebie cech.

Jeśli kiedykolwiek widzieliście The Stooges na żywo, „Gimme Danger” będzie tylko potwierdzeniem, że ci starsi panowie to wciąż są (a właściwie – przynajmniej w większości – byli) rockmani z krwi i kości. My możemy się tylko dziwić i dziękować fortunie, że Iggy is still alive.

Michał Fryga

Cztery