GHOST – The Lost of Mercy (Thrashing Madness)

Początki mojej znajomości z muzyką metalową przypadają na czas, kiedy w mojej wsi i okolicznych osadach Ghost omawiany był raczej w kategoriach „niespełnionych nadziei”. Nagranie kilku znakomitych materiałów w dobie największej świetności death metalu powinno wywindować zespół do ekstraklasy, co się jednak nie zdarzyło. Skończyło się na „kultowym” statusie, szacunku sceny i horrendalnych cenach płyt na portalach aukcyjnych. Ostatni etap działalności pomorskich masakratorów dokumentuje – wzbogacona o demo „Renown” – reedycja „The Lost of Mercy”, która uderzy po łapach allegrowych spekulantów i przypomni, jak fajną kapelą był (the true) Ghost.

Słuchając dziś deathmetalowych albumów nagranych w pierwszej połowie lat 90. można odnieść wrażenie, że świetnie płyty nagrywały się same, a słabej nie dałoby się nagrać choćby się chciało. To oczywiście złudzenie, które pomija trzecioligowe kapelki skoszone Messerschmitttem czasu i konkurencji, a żywi się w pewnym stopniu sentymentem albo legendami o „złotej erze”. Faktem pozostaje, że death metal był w owych czasach muzyką wciąż świeżą, inspirującą, nie nadżartą przez pogoń za techniką ani fantazje o „oldschoolu”. Nagrany w 1994 roku „The Lost of Mercy” to dokument tamtych czasów i tamtego myślenia o muzyce – ale też dużo więcej. Były i są płyty bardziej techniczne, lepiej brzmiące i oryginalniejsze, ale (pierwszy i ostatni) długograj Ghost to porcja ekstremalnego metalu z czasów, kiedy nikt nie zastanawiał się, czy ma być „brutalnie”, czy może „nowocześniej”, a może „bardziej technicznie”. Liczyły się dobre utwory, nośne riffy i brutalność na przecięciu dynamiki Slayer, ciężaru Bolt Thrower i pomysłowości Morbid Angel. I nikomu nawet nie przyszło do głowy, że tytuły utworów w377562_238026979599112_45055890_n rodzaju „King of Darkness” albo „Flag of Shadow Master” brzmią trochę pociesznie. Na tle „The Lost of Mercy”, młodsze o cztery lata utwory z demo „Renown” brzmią nieco nowocześniej, nieco prościej i nieco mniej „solówkowo”, chociaż to wciąż rasowy death metal, jaki w 1998 już mało kto grał. Dorzucone jako bonus nagrania koncertowe zadowolą nie tylko entuzjastów rozczulającej konferansjerki a’la Piotr Wiwczarek („Czy jesteście gotowi, bracia? Ten namber dedykujemy właśnie wam!”), a rasowa energia i brzmienie zawstydziłyby niejedną dużo większą kapelę z „półstudyjnymi” koncertówkami na koncie.

Tradycyjnie trzeba pochwalić Leszka za niespotykaną staranność i wysiłek włożony w to, aby firmowane przez Thrashing Madness reedycje brzmiały i wyglądały jak najlepiej. Mastering nie zafałszował surowego brzmienia oryginału, okładka pozostała niezmieniona a wydrukowana na grubym papierze wkładka zapchana jest po brzegi wypowiedziami muzyków, archiwalnymi zdjęciami, skanami materiałów prasowych i wszelkiej maści bibelotami dla psychofanów. I za to duże brawa dla wydawcy i koordynującego wznowienie po stronie zespołu Krzyśka Dobrowolskiego – „The Lost of Mercy” zasługuje na drugie życie, bo status eksponatu muzealnego nie przystoi tak dobremu albumowi.

Bartosz Cieślak

Cztery i pół