GHOST – Infestissumam (Loma Vista Recordings)

Zdarzają się płyty, wobec których niezwykle trudno postawić zarzut poparty jakąś sensowną argumentacją, nie ograniczając się przy tym do wyświechtanego „nie czuję tego”. Mając w tym miejscu do czynienia z konstruowanymi z niezwykłą lekkością kompozycjami, konceptem przyciągającym ciepłem piekielnych wizji i produkcją urzekającą miękkością wzmacniaczy otulonych tweedem, recenzent stoi przed ofiarą trudną do okaleczenia. Uzbrojony w wybujałe, redaktorskie ego i totem w postaci czaszki Melissy, dla Was – na przekór oczywistości – gotów jest zeznać, że „Infestissumam” szwedzkiego Ghost nie jest dziełem tak doskonałym, jakim może się jawić.

Ghost wypracował sobie markę, która pozwala im w tej chwili grać koncerty u boku gwiazd pokroju Rammstein i Slayer. Chwytliwe, „melissowe” riffy, popowe zaśpiewy, „omenowe” chórki, wszystko to pełne rockowego luzu i elegancji, i bądź co bądź oryginalnego image’u , wywindowały zespół na szczyty metalizującego rocka dla mas. Nie jest tajemnicą, że Ghost w warstwie muzycznej odwołuje się do dokonań psychodelicznych, mrocznych tematycznie rockowych zespołów typu Lucifer’s Friends czy Amon Dull II z lat ’70 ubiegłego wieku, czerpiąc jednocześnie całymi garściami z dokonań wczesnego, satanistycznego Mercyful Fate. Na tle metalowych satanistów Ghost pod biskupimi szatami prezentuje się jak John Cassavetes z „Rosemary’s Baby” – w stonowanej marynarce, pełen opanowania i z uwodzicielskim uśmiechem. Ghost oddaje swą duszę diabłu, satanistyczną pracą u podstaw poszerzając jego wpływy i zarabiając na tym pieniądze ku swojej uciesze i jego chwale.

„Infestissumam” nie wnosi niczego nowego do wizerunku i muzyki Szwedów, jaki znamy z debiutu „Opus Eponymous”; jest estetycznie i przyjemnie dla ucha, przebojowo i majestatycznie. W swojej lidze „salonowego black metalu Ghost z pewnością nie ma sobie równych. Jednakowoż w tym miejscu winien jestem wypełnić obietnicę krytyki tego albumu złożoną na wstępie recenzji. Obcując z idealnie skrojonymi dźwiękami „Infestissumam”, co utwór czułem się jak negatywny bohater piosenki Krystyny Prońko, krzyczący „więcej czadu!”. Nie odbierając zespołowi prawa do własnej wizji heavy metalu w wersji retro, jego malowany pastelami Szatan przez swoje ciągłe ugrzecznienie i oswojenie staje się nudnym, wyświechtanym elementem popkultury. Mniej stonowane piekło, również zasilane heavymetalowym paliwem z lat ’80, rozciąga się od znanego wielu cmentarzyska („Evil”),  aż po okolice Rennes-de-Chateau („House of God”). Tam ogień piekielny mógł dotkliwie poparzyć słuchacza. Konwencja Ghost dopuszcza wyłącznie temperatury letnie umożliwiające bezpieczne uzyskanie modnej opalenizny. Truizmem byłoby stwierdzenie, że przekrojowe w twórczości Mercyful Fate utwory „Gypsy”, „Mirror” czy „Crossroads” od niechcenia rwą mitrę Papy Emeritusa na strzępy swoją energią i mocą. Właśnie te elementy są w konwencji obranej przez Ghost deficytowe. Zespół kołysze słuchaczem, ale wszystko to okazuje się klasowym żartem w wersji pop.

Zrozumiałe jest, że trudno oczekiwać od zespołu, który mistrzowsko przygotowuje swoje danie, aby zmienił menu. Nie stałoby się chyba jednak nic złego, gdyby Ghost podkręcił nieco temperaturę wrzenia cieczy, w której gotuje te swoje smakołyki.

Kuba Kolan

Pięć