GEORGE DORN SCREAMS – Spacja kosmiczna (Ampresand Records)

Jak na warunki krajowej alternatywy to całkiem długa historia. GDS powstał w 2005 roku i z małą przerwą utrzymał się do dzisiaj, prezentując na najnowszej płycie bardzo wysoką formę. „Spacja kosmiczna” to udana próba nadania gitarowemu „niezalowi” nowych kolorów, w oparciu o zwroty częściowo znane a częściowo przyjemnie zaskakujące. Jednocześnie udało się w bezbolesny sposób zaaplikować solidną dawkę przyjemnej melancholii.

Alternatywna Bydgoszcz stała się w ostatnich czasach niemal symbolicznym przykładem, że w Polsce dzieje się w muzyce niezależnej dużo, dobrze i bardzo różnorodnie, zresztą, nie raz na naszych łamach pisałem o wynalazkach, które okazywały się mieć niemałą siłę rażenia, że o Alamedzie czy Starej Rzece wspomnę. Wszystkie te projekty/zespoły mają jakieś punkty wspólne, członków czy chociażby klub Mózg, gdzie koncentruje się życie muzyczne bydgoskiego podziemia. George Dorn Screams w całej tej bandzie jawi się jako lekki outsider. Trzymają się z boku, dłubią swoje i raczej nie mają specjalnych zakusów, by zawojować świat. Inna sprawa, że propozycja kwartetu nadaje się bardziej do kontemplowania w domowych warunkach, ew. w kameralnych klubiszczach, niż do wielkiej kariery. Ponoć wielkie rzeczy dojrzewają w odosobnieniu – może to za duże słowo, ale ten spokój zrobił GDS dobrze i paradoksalnie, za sprawą „Spacji kosmicznej” mają szanse namieszać na krajowym rynku. Ta ostatnia uwaga komplementuje też fakt, że po raz kolejny zespół zdecydował się pozostać tworem w 100% polskojęzycznym.recenzja

Przede wszystkim udało się idealnie zrównoważyć  gitarowy hałas, wątki – nazwijmy to – psychodeliczne, chłodną melodykę i wspomniany, nieco nostalgiczny, „kominkowy” nastrój. Słuchając płyty mam wrażenie, że tu nikomu się nie spieszy. Żadnych gwałtownych ruchów, nerwowych rytmów czy krzyków. Raczej trans, hipnotycznie zapętlone, gitarowe pajęczyny i klimat. Można doczepić tej muzyce różne łatki, poczynając od kulawego „slowcore”, przez post rock, z którym może kojarzyć się numer tytułowy – senny, melancholijny, lekko poetycki song, w drugiej części natrętnie rezonujący późną Ewą Braun. Nie przeszkadza mi to wcale. Podobnie jak trochę smutny (wycofany?) kawałek o znaczącym tytule „Smutki”. Poza tym –  „Spacja” wzięła mnie z zaskoczenia; zdziwiony skonstatowałem, że oto mamy do czynienia z materiałem bardzo mocno shoegaze’owym, z tym, że budulcem jest żywe instrumentarium, głównie oparte o surowe, gitarowe brzmienia. A te w połączeniu ze śpiewem Magdy (nawiasem – czy tylko ja mam skojarzenia z Kasią Nosowską?) tworzą pułapkę, w którą łatwo wpaść i już się nie wydostać. Szczyt osiągamy w dream popowym, żywcem wyjętym z katalogu 4AD „Na końcu świata”, gdzie zespół obywa się bez bębnów a kompozycja snuje psychodeliczne majaki, mamiąc hipnotyzującym klimatem. Podobnie dzieje się w zamykających płytę „Począstkach” – zaczynamy shoegaze’owo, by z czasem przejść w mieniące się różnymi odcieniami ambienty i drony. Fajne zakończenie płyty. A jeśli lubimy coś bardziej dynamicznego, słuchamy świetnych „Miriadami” (w zasadzie, całkiem chwytliwa piosenka), nieco dischordowego „Liczę do stu” (świetne bębny!) czy mojego ulubionego, motorycznie sunącego „Kociego szlaku”. Warto zagłębić się w gitarowe niuanse i harmonie, bo dzieje się tu tyle dobrego, że długo będziemy odkrywać kolejne, pieszczące ucho zagrywki.

Być może nie jest to materiał, który przełamuje jakieś muzyczne tabu, w zasadzie wszystko już gdzieś słyszeliśmy, ale Geroge Dorn Screams ma unikatową umiejętność wciągania słuchacza w swój mały świat. Przysiadamy i słuchamy mrukliwej gawędy, która długo się nam nie przeje. Okiełznany, melancholijny prawie hałas, płonąca stodoła na okładce, wino i dużo czasu. Nic więcej nie trzeba.

Arek Lerch 

Zdjęcie: Muisto

Pięć