GENIUS ULTOR – Dzień Nocy (Ataman Productions)

Black metal jest jak szary kot. Majaczy gdzieś o zmierzchu, ginie w tle. Jest tajemniczy i niejednoznaczny a kiedy trzeba, może zaatakować, podrapać. Na jego względy trzeba zasłużyć. I trudno stwierdzić, że jest łatwy we współżyciu. „Dzień Nocy” taki właśnie jest…

Genius Ultor to powołany do życia projekt, w którym maczają palce muzycy znani z świetnego Stillborn. Już ten fakt gwarantuje emocje najwyższych lotów. I choć propozycja w swojej zasadniczej części jest oparta głównie o klasyczny w formie black metal, to jako całość tworzy intrygujący, bardzo mocny w swoim przekazie kolaż. Najciekawszym pomysłem było przedzielenie zasadniczych i brutalnych ataków interludiami, noszącymi nazwę antyfon. Te właśnie industrialno – mroczne, balansujące na granicy mroku, posługujące się podobną metaforyką, jaką znamy z prac Gnaw Their Tongues, przerywniki stanowią o klimatycznej sile płyty. Łączą one poszczególne kompozycje w jeden, dołujący i miażdżąco sugestywny ciąg świadomości. Właściwa muzyka (choć osobiście momentami za „właściwe” uznaję owe antyfony…) to często bardzo brutalny, zblastowany atak – „Prawo Do Wojny Moim Jest”, „Apage Katabas”, „Dzień Nocy” czy „Nienawiść” to ciężarne gwałtem, odbezpieczone granaty. Surowe brzmienie gitar, bardzo naturalnie brzmiące bębny i wykrztuszony z trzewi wokal. Kwintesencja smolistego black metalu. Nie tak techniczna i obłąkana jak na ostatniej płycie Stillborn, bliższa old schoolowej manierze, stawiająca nad technikę specyficzny, zimny i odhumanizowany klimat. Czasami pojawiają się i tu zaskakujące wtręty, jak chociażby wstęp do „Zdrady”, będący klasycznym w formie, thrash metalowym zagraniem. Całe nagranie rozwija się zaś dość zaskakująco w stronę starego death metalu. Miażdżąco rozkręca się ”Pożegnanie Ojczyzny”, podobnie jest w „Agonia Ona”. Za to lekko uśmiechnąłem się przy antyfonie dziewiątej, która jako żywo przypomina mi wstęp do znanego skądinąd kawałka „Cold Demons”…

Płyta została tak skonstruowana, że na pierwszy ogień wystawiono bezlitosne naparzanie, zaś zdecydowanie ciekawiej, bardziej rozmaicie robi się w drugiej części. Nie wiem, czy to celowy zabieg, ale dzięki temu nie ma mowy o tzw. znudzeniu, bo tam, gdzie zazwyczaj zaczynamy się wiercić niecierpliwie, zespół poupychał nagrania mocno zróżnicowane. Przez pół godziny dostajemy zmasowany i świetnie zmiksowany cios prosto w oczy kościelnej braci – teksty zostały zaśpiewane w języku polskim, co jeszcze bardziej uwypukla ich znaczenie – tu i teraz. Jednocześnie nie sposób odmówić tym, bądź co bądź, bluźnierczym lirykom kunsztu literackiego i specyficznej, kojarzącej się nieco z Furią maniery artystycznej. Co razem daje nam jeden z fajniejszych (nie, to słowo tu nie pasuje…), black metalowych albumów ostatnich czasów. Choć trzeba też przyznać, że to muzyka dla raczej wyrobionego odbiorcy, gustującego w takiej firmowej, diaboliczno – depresyjnej mieszance…

Arek Lerch 5