GAZPACHO – Demon (Kscope)

Najnowsza propozycja Norwegów z Gazpacho to test na to czy „uczeń uważał na lekcji”. To wreszcie niezdany test na „o czym to było”. W każdym razie zdarzyło się coś, co warto poprzeżywać, nawet jeśli fani progresywnego rocka czy flejowatego indie dostają takie cudeńka co drugi dzień podane na blogspotowej tacy.

Od początku „Demon” ujmuje lekkością aranżu, na którym nie widać łączeń, nitów, butaprenu drogi. Powoli obmywa słuchacza, zwodzi, czaruje, nie faworyzując przy tym refrenu czy zwrotki, bo tych jakby nie słychać. Trudno złapać to oślizgłe Gazpacho, bo instrumenty tu takie półobecne, choć czujne. W pozornej śpiączce ciągle prowadzą narrację, która może sprawiać wrażenie, że zespół skupia się na nieustającym uważaniu, by jego dostojeństwo nigdy się nie kończyło. Bez względu na to czy dobrze to czy źle, muzyka nigdy nie dochodzi do muru, pod którym musi pozostać i spiętrzyć się; kieruje się dalej, jakby magia, o której traktuje „Demon”, pozwalała przenikać przez obiekty. Fascynujące w swojej niedookreśloności jest wzajemne przenikanie się i następowanie po sobie dźwięków pogodnych i mrocznych, które zespół umieszcza na sprinterskich dystansach dwóch taktów, nie tracąc przy tym nic z wytrzymałości prog-rockowego maratończyka. Dlatego choć „uczeń uważał”, to tak do końca nie potrafi powiedzieć „o czym to było”.Gazpacho Band

Drugie i trzecie przesłuchanie albumu nagradzają szeregiem przyjemnych refleksji. Partie wokalne Jana-Henrika Ohme okazują się nie być porozrzucaną zbieraniną jęków, lecz autentycznie wpadają w ucho, jak chociażby otwarcie „The Wizard of Altai Mountain”, gdzie melodia i barwa głosu stoją znacznie bliżej dream popowej Lany Del Ray niż Steva Hogartha. Jeżeli już wydaje się nam, że znamy Gazpacho z płyt Marillion i Porcupine Tree, „Demon” okazuje się wymarzonym miejscem dla współczesnych poszukiwaczy przygód, którzy w praskich, ciemnych zaułkach napotkają ukryte zapadnie, w których czają się klezmerska nuta, sample ze zdartej, winylowej płyty albo Fleetfoxowy ściek, którym na chwilę możemy odpłynąć ze Starego Mesta w kierunku lekkiej zieleni Stromovki.

„Demon” zwyczajnie pokazuje jak zwykłe dźwięki zaklina się w tajemnicę, jak bezzębni art-rockowcy dziabać dziąsłami potrafią. Obrażenia nie będą poważne, ale zakażone miejsca goić się będą długo.

Kuba Kolan

Pięć i pół