GARS – gruzy absolutu/rewizja symboli (No Sanctuary Records)

Szczęście Gars polega na tym, że płyty słuchałem tuż po przegranej batalii z jedną ze znienawidzonych, państwowych instytucji, której udało się poważnie i niesprawiedliwie uszczuplić mój portfel. Muzyka Gars stała się w ręcz idealnym soundtrackiem mojej frustracji, przeradzającej się w krwawe wkurwienie. Tak dołującej płyty ze świecą szukać – Gars mimowolnie stali się dla mnie czymś w rodzaju odtrutki i klapy bezpieczeństwa ratując przy tym przed zrobieniem czegoś naprawdę głupiego.

Nie ukrywam, że poprzednia, debiutancka płyta Gars nie zrobiła na mnie kompletnie żadnego wrażenia. Ot, dziwaczny i toporny hardcore. Bez emocji. Nowy materiał zaintrygował mnie tytułami utworów (liczby…), a potem już tylko leczył zbolałą duszę. Gars bez żadnych ogródek obnaża miałkość naszej egzystencji. Odziera nas z godności, pokazując, że jesteśmy tylko smutnymi, sfrustrowanymi, chamowatymi i ksenofobicznymi ścierwami. W zasadzie każdy tekst z tej płyty to wielki hymn obrzydzenia wobec naszego zakłamanego i durnego życia. Złość, rozczarowanie i paskudny, zielony glut wypluty na twarze zadowolonych z siebie „lemingów” – „Mieszkańcy domów na kredyt, wyguglujcie mądre słowa, napiszcie manifest w łordzie, ogłoście wszystko na fejsbuku, wgrajcie muzykę w ajpody, zwołajcie wiec przez ajfony… itd… Jakaż gorycz bije z tych, może miejscami nieco pretensjonalnych, manifestów… Złośliwość zespołu pięknie pokazuje w jakiej dupie się znajdujemy. Osobiście chylę czoła przed kawałkiem „010504” (o co chodzi z tymi tytułami?!), opisującym parszywy los najlepszego „przyjaciela” człowieka. Już nie raz pisałem, co myślę o ludziach znęcających się nad zwierzętami, więc tym tekstem Gars mnie kupił w 100%.

Warstwę liryczną mamy za sobą, czas zatem na muzykę. Gars zdecydował się na krok może dzisiaj już nie taki oryginalny, ale w przypadku emocjonalnie potraktowanego przekazu – dość oczywisty. Muzyka na tej płycie to jeden, wielki dół. Wolno przetaczająca się nawałnica dudniących bębnów, mrocznych, dramatycznie smutnych riffów i histerycznych wokali, mocno zalatujących punkową manierą (Czosnek i ostatnie wcielenie Ił 62 się kłania…), co akurat w tym przypadku świetnie się sprawdza. W zasadzie jakiś odnośnik do hardcore możemy znaleźć jedynie w „111111”. Reszta płyty kojarzy się głównie z Neurosis czy Blindead, choć ci ostatni przy Gars wydają się być radośni jak pijane zające. Gars nie wymyśla niczego nowego, ba, nie ma takich ambicji, tworząc po prostu dźwięki idealnie ilustrujące to, co leży im na wątrobie. Bardzo dobrze dobrano brzmienie: surowe i naturalne. Może z tego powodu muzyka nie jest zbyt selektywna, ale ten fakt jeszcze potęguje paranoiczny klimat, kreowany przez zespół. Kreowany, rzecz jasna, całkiem udanie, bo potrafi przekonać, czyli – de facto – wpędzić w depresję. Nie wiem, jak muzyka zadziała na mnie, kiedy będę miał lepszy humor, na razie okoliczności sprzyjają, by podcinać sobie żyły razem z Gars.

Co mogę dodać? Chyba nic, bo co można powiedzieć o płycie, będącej takim dźwiękowym odpowiednikiem „Pokłosia”. Nikt nie lubi jak się o nim mówi, że jest ścierwem, choć może na Gars psów się wieszać nie będzie. Kupuję to, co chłopaki mają do zagrania i powiedzenia. Życzę im jednocześnie, żeby jakiś promyk nadziei rozświetlił ich życie, bo jak się będą dalej tak dołować, to w końcu zejdą na zawał albo wrzody żołądka.

Arek Lerch