GARS – Gone Away, Return to Sender (Pasażer)

Scena hardcore punk ma to do siebie, iż dość często zdarza się, że ważniejsza niż forma jest treść. Kolejną cechą tejże jest pierwotność i prostota emocji, zazwyczaj przecież skrajnych, co też dodatkowo wpływa na uproszczenie samej muzyki. Gars nie należy jednak do typowych zespołów hc punkowych, właściwie od początku krążąc po jego obrzeżach, dlatego też niekoniecznie wpasowuje się w ten trend. Słuchając „Gone Away, Return to Sender” doszedłem jednak do wniosku, że w sumie nie miałbym nic przeciwko, gdyby chłopaki postawili na konkret, biorąc od muzyki hardcore coś więcej, niż tylko nazwę.

Poprzedni album grupy, „Gdy agresja rodzi spokój”, stylistycznie nie różnił się szczególnie od tegorocznej propozycji Gars. Odnoszę jednak wrażenie, że chłopaki po drodze stracili pazury, przytępili brzmienie i grają nieco bez jaj. Nowym numerom ewidentnie brakuje mocy, są zbyt grzeczne i chyba także zbyt melodyjne. Zwłaszcza gitarom brakuje zębów – zamiast ciągnąć materiał do przodu, jeszcze bardziej hamują tę muzykę. Charakterystyczne dla grupy lawirowanie na pograniczu post-hardcore’a, crusta i lekkich metalowych naleciałości to tym razem nieco za mało. Gars zawsze miał ciągoty w stronę melodyjnego grania i spoko, samo w sobie jest to okej, ale byłoby dużo lepiej, gdyby szło też za tym kolokwialne pierdolnięcie. Zespół brzmi, jakby grał na zaciągniętym ręcznym hamulcu i po prostu nie mógł się rozpędzić. Szkoda, bo Przemek Lebiedziński zdaje się mieć wręcz idealny głos do szybkiej, konkretnej muzyki, nie wspominając już o tym, że podkręcenie  tempa zwyczajnie zrobiłoby lepiej tym melodiom. Warto pamiętać, że hardcore nie jest muzyką, której szczególnie dobrze wychodzi babranie się w alternatywnym sosie, a właśnie na to panowie z Gars się zdecydowali. Trzeba mieć naprawdę dobry materiał, by wyjść z tego z twarzą. Tym razem nie do końca się to udało.GARS band

„Gone Away, Return to Sender” nie jest jednak znowu aż tak bardzo słabą płytą – jest po prostu za słabą płytą, by w natłoku dużo lepszych wydawnictw zajmować sobie nią głowę. Chłopakom wychodzą czasem fajne harmonie gitarowe („Płyniemy”, „W tamtej chwili”, „Obowiązek”), czasem sięgają po klasyczne wielogłosy („W tamtej chwili”, nieco szybszy „Rozsypuje się”), nie boją się w prosty i bezpośredni sposób komentować problemów społecznych („Obowiązek”). To jednak wciąż za mało. Mimo jakiejś nieuzasadnionej sympatii dla chłopaków, tym razem zabrakło im argumentów, zabrnęli po prostu ciut za daleko. Liczę, że pójdą po rozum do głowy i wreszcie zdecydują się radykalne ukonkretyzowanie swojej muzyki. Powinienem dostać wpierdol, a zostałem ledwo pogłaskany. Chciałbym, żeby dzięki tej płycie, tym razem to spokój urodził agresję, a nie odwrotnie.

Michał Fryga

Trzy