GALLILEOUS – Voodoom Protonauts (Epidemie Records)

Był sobie kiedyś zespół. Historia jakich wiele: nagrał (tenże zespół oczywiście) materiał, który stał się „kultowy” i zniknął ze świata żywych (oczywiście znów mam na myśli zespół). Jak się okazało po latach, dźwięki, które bohater naszej opowieści stworzył u zarania swych dziejów, zapoczątkowały na ziemiach polskich granie spod znaku funeral doom. Opowieści tego typu najczęściej kończą się po kilku słowach odnośnie rzeczonej kultowości i starych czasów, kiedy to wszystko było lepsze. Jednak Gallileous jakiś czas temu powrócił do świata żywych jako twór niesamowicie witalny i wolny artystycznie. Właściwie każdy materiał jaki zespół nagrał po powrocie to pod każdym niemal względem znaczny progres. Czasy funeral domowego protoplasty to już nic innego jak prehistoria, z którą dzisiejsze oblicze zespołu łączy jedynie nazwa. Nowe wydawnictwo to kolejne zmiany. Nowe logo, przewietrzony skład, jeszcze lepsza muzyka. „Voodoom Protonauts” to sześć premierowych kompozycji, które ukazują nowy kierunek podróży jaką rozpoczyna Gallileous. Stoner? Doom? A może psychodeliczny, astralny rock’n’roll?

Trzecia płyta Gallileous to kolejny dowód na to, że zmiana estetyki jaką zaliczył ten zespół po powrocie na scenę była posunięciem jak najbardziej trafionym. Po świetnym Necrocosmos dziś po raz kolejny zespół postawił na zmiany. Muzyka przeszła wręcz gruntowny remanent, ale – co może wydawać się trochę przewrotne – będący czytelną kontynuacją ostatniej płyty. W moim odczuciu to co dzieje się na trzecim krążku Gallileous dowodzi tylko jednego – zespół jest skazany na postęp a czy przyjdzie za tym sukces, czas pokaże. „Voodoom Protonauts” to nic innego jak zadziwiająca podróż przez kosmiczne pustynie, płyta, która sięga głęboko do korzeni dając swój własny, psychodelicznie wykrzywiony obraz ciężkiego grania…

Materiał otwiera intrygująca miniatura „A Daub”, niepokojący klimat i dziwne, niedefiniowalne brzmienia wprowadzają słuchacza w stan podobny transowi. Rytm pojawia się w tle by zyskać na sile i objąć wstęp w posiadanie. Rytm i riff. Rytm, riff i głos. Niby tylko trzy składniki, ale od pierwszego, gitarowego akordu odbieram muzykę w każdej, nawet ostatniej komórce. Ciepłe analogowe brzmienie bez dwóch zdań kojarzy się z stonerem, ale jest to dość złudne bowiem dźwiękowy kolaż jaki maluje Gallileous to coś zdecydowanie więcej niż tylko kolejny zespół, który postanowił grać piaszczystego rocka lepiej niż amerykanie. Muzyka ma drugie i pewnie nawet trzecie dno a główna to zasługa niesamowitej, przesyconej psychodeliczną aurą atmosfery, która wręcz kipi z każdego dźwięku. W budowaniu klimatu wielkie zasługi oddają skrojone na miarę brzemienie oraz obecne niemal na każdym kroku niesmowite klawisze. Słuchając takich numerów jak „Yeti Scalp” czuję się jakbym słuchał odkurzonej płyty winylowej wydanej pierwotnie w 1970 roku. Nie wyobrażam sobie dzisiejszego oblicza zespołu bez tego organicznego pierwiastka kosmiczno-psychodelicznych instrumentów klawiszowych.G band

„Voodoom Protonauts” to dzieło pyszne i pełne. Muzyka nie wyważająca żadnych drzwi, ale tak pełna niesamowitości jak przemierzanie kosmicznej pustyni w poszukiwaniu skalpu Yeti. Cuda i dziwy… Utwory płyną i zaklinają tak, że nie sposób się oderwać od astralno-muzycznej materii. Prawdę mówiąc, jestem pod wrażeniem narracji jaka kieruje tym krążkiem. Niewymuszone tempa rozwijają się w piaszczyste, spowite dymem kadzideł miniatury muzyczne, z których właściwie każda broni się w pojedynkę, ale gdy staną razem i krok po kroku będą po sobie następować, nie ma ucieczki. W ostatnich latach muzyki z około stonerowej półki pojawia się bardzo dużo, ale płyt porywających zaliczyłem ledwie kilka. „Voodoom…” jest jedną z nich.

Jeśli to co napisałem do tej pory nie wystarczy Wam jako rekomendacja by sięgnąć po najnowszą twórczość Gallileous, no cóż… macie wolny wybór, ale musicie liczyć się z tym, że za jakiś czas będziecie nadrabiać zaległości. Być może moda na muzyczne uwstecznianie za parę lat przeminie, ale zanim to się stanie mam nadzieję, że twórcy „Voodoom…” uraczą nas jeszcze niejednym wspaniałym materiałem. Jak dla mnie jest to jedna z ciekawszych propozycji ostatnich miesięcy.

Wiesław Czajkowski

Sześć