G. WOLF – Magnetic Dog (Experience Based Music)

Miłość do klasyków jest w naszym kraju wysysana z mlekiem matki. Jeśli jeszcze okazuje się, że po latach osesek chwyta za instrument, koniecznością jest przymiarka do idoli sprzed lat. Który z młodocianych muzykantów nie próbował kaleczyć Nirvany, Dezertera czy – no właśnie – Hendrixa? Jeśli szarpiesz sześć strun, musowo grałeś „Hey Joe”. Przynajmniej raz w życiu. Niestety, niektórzy, kiedy już jako tako nauczą się grać na gitarze, nadal próbują udowodnić, że spuścizna Hendrixa to dla nich rzecz oczywista. I tu zaczyna się dramat i żenada. Szczególnie w kontekście takich wyjątków jak Wojtek Garwoliński.

Historia tego jegomościa związana jest nierozerwalnie z mitycznymi latami 90 – tymi. Na ich początku powstał zespół Pivo, który przebojem wszedł na sceny, grając rozimprowizowaną wariację hendrixowskiego, psychodelicznego rocka na poziomie, który przyprawiał o konsternację najlepszych wyjadaczy krajowego, muzycznego biznesu. Nie dziwota, że w 95 roku brawurowo zgarnął główną nagrodę na cyklicznym konkursie Marlboro Rock-In. I tu zaczyna się dramat, bowiem – co było wtedy dość powszechne (coś o tym wiem…) – wielki biznes, przyznając zespołowi nagrodę w postaci kontraktu z BMG, wręczył w pakiecie także kajdanki, które muzycy musieli sobie własnoręcznie założyć. Czyli – zamiast brawurowego, zagranego z jajem rocka, nawiązującego do najlepszej tradycji Woodstock, zespół został zmuszony (no, to już spekulacje…) do mocnego przebudowania muzyki. Po studyjno – marketingowej obróbce powstała płyta „Dziki Dziki” (1997) zawierająca  modny i lansowany wówczas rap – metal, czyli próby rytmicznej gadki do ugłaskanego, rockowego podkładu. Dzisiaj, co przyznaję bez bicia, płyty słucha się nawet przyjemnie, wyłączając dość, hmmm, mierne (żeby nie powiedzieć – głupie…) teksty. Wśród miłośników talentu Garwolińskiego krążek wzbudził konsternację i z wielkiej kariery zrobiły się nici. Grupa nagrała jeszcze jeden materiał, który, niestety, nie został już wydany i w 99 roku dała swój ostatni koncert. Potem Garwoliński, którego błyskotliwa gra na gitarze nie pozostała bez echa, występował min z Małgorzatą Ostrowską, wpierał Kasię Kowalską czy Blenders. Dowodził też zespołem Kości, który – raczej bez echa – wydał dwie płyty (z których druga, wydana w 2007 roku „Sun Dro” zawiera muzykę całkiem intrygującą, choć jeszcze lekko niezdecydowaną). Dopiero jednak solowy, opublikowany pod szyldem G. Wolf debiut pokazał, o co tak naprawdę temu gitarzyście chodziło.

Co ciekawe, płytę zarejestrował skład, który spotkał się już w 2005 roku, podczas nagrywania płyty „Produkt” Olafa Deriglasoff’a. Tym razem to Garwoliński jest liderem a muzyka to najprawdziwszy, szczery i kurewsko kopiący w krocze, hendrixowski rock, zagrany z rozmachem i polotem. To właśnie taką płytę chciał Garwol nagrać przez ostatnie, dwie dekady. Wreszcie się udało.

Płyta rusza od maksymalnie surowo, analogowo brzmiących bębnów i już wiadomo, że będzie dobrze, inaczej niż dotychczas. W zasadzie całość brzmi jak jeden wielki jam, skrzący się improwizowanymi partiami genialnie brzmiącej gitary Wojtka. Jest całe mnóstwo bluesa („Black Moon”, „Magnetic Dog”), jest halucynogennie i eksperymentalnie („Drifting Shoes”), ale przede wszystkim transowo i z rozmachem – „Street Thing”, hipnotyczny „Godbye Song” czy „Anymore” to najlepsze fragmenty płyty. Polot w rozwijaniu tematów, puls i wirtuozeria nasuwają tylko jedno pytanie – „dlaczego Wojtek nadal obija się po rodzimych klubach, zamiast robić karierę międzynarodową?”. Być może ktoś uzna te słowa za przesadę, jednak w kraju, gdzie panuje kult rocka i bluesa, G. Wolf jest ewenementem, bo pokazuje, jak bardzo zaściankowi są tutejsi piewcy takiej muzyki. A to dlatego, że grając muzykę w sumie bardzo starą, zrobił z niej nowoczesny, łatwo przyswajalny produkt, który idealnie pasuje do współczesnych retro trendów, ale zawiera też jakże potrzebny, współczesny feeling muzykantów, choć ten odniósłbym raczej do dokonań Rein Sanction, a to przecież nie tak znowu dzisiejsze granie. Piszę o Wojtku – gitarzyście, ale to przecież także całkiem czujny wokalista, który tym razem skorzystał z pisarskich usług samego Pete’a Browna (min teksty dla Cream). Na deser zostawiłem dwie pieśni autorstwa Hendrixa – „Drifting” i „Freedom”. Co można napisać? Mistrzostwo wykonawcze, czucie tej muzyki i sposób interpretacji – bezcenne. G. Wolf nie pokazuje na tej płycie w zasadzie niczego nowego, grając dźwięki znane od lat, ale też od lat nikt tak brawurowo, z żarem nie wykonał bluesrockowej materii. Ważny jest kontekst – w dobie, kiedy jak grzyby po deszczu powstają zespoły, bez ogródek przyznające się do dawnej, psychodeliczno – rockowej muzyki, G. Wolf trafia w samo sedno tej rewolty. Zaskakujące jest natomiast to, nie słychać tu wcale fascynacji Queens Of The Stone Age, które przecież były wyraźne na „Sun Dro” Kości.  Nie wątpię zatem, że dzisiaj Garwol jest wreszcie w swoim żywiole i robi dokładnie to, o czym marzył przez ostatnią dekadę. Płytę powinni przede wszystkim usłyszeć decydenci, którzy w 97 roku pilnowali nagrań „Dziki Dziki”. Może zrobiłoby się im choć przez moment głupio?

A skoro o przeszłości tyle piszemy, warto dodać, że Wojtek, wespół z dawnym kolegą, basistą Marcinem Patykiem, reaktywował Pivo, w efekcie czego na koncertach możemy spodziewać się zapewne nie tylko utworów z „Magnetic Dog”, ale także kawałków z nigdy nie opublikowanej płyty „12 Małp”, macierzystego bandu. Cóż, robi się ciekawie i warto czekać na to, co będzie dalej…

Arek Lerch

Sześć