FUTURE FACES – Revolt (Throatruiner)

Żeby zrozumieć fenomen „smutnej muzyki”, warto zobaczyć – jeśli ktoś tego jeszcze nie zrobił – film „Control”. Historia Joy Division jest tyleż banalna co tragiczna a postać Iana Curtisa ogniskuje wszystkie najważniejsze cechy introwertyka, skłonnego do melancholii, depresji i autodestrukcji. Wiedząc to, trudno się dziwić, że taki wizerunek stał się dochodowym biznesem, z którego ciężko wyłowić zespoły, w swoim umiłowaniu do szarości autentyczne. Future Faces są kolejnym w tym długim szeregu wynalazkiem, który próbuje wmówić nam, że smutek mają we krwi.

Nic nie zmieni faktu, że post – divisionowe smucenia, choć wtórne, świata nie zmieniają i są zazwyczaj do bólu zgranie, hipnotyzują i po prostu fajnie się ich słucha. Lubimy horrory, lubimy się dołować, także dźwiękowo i tylko taką egzaltacją tłumaczę sobie fakt, że muzyka sprzed paru dekad cały czas przyciąga i zapładnia kolejnych muzykantów. Ileż tego już było… Teraz jest np. szwajcarski Future Faces, który ze swoją debiutancką ep-ką przynosi jesienną szarość, deszcz i myśli samobójcze. Fakt, Szwajcaria musi dawać dużo powodów do takiego stanu ducha. Pomijając jednak złośliwości, muzyka z płytki „Revolt” krzywdy nie czyni, niczego nowego nie wnosi, ale daje kilkanaście minut przyzwoitego, klimatycznego i oczywiście monotonnego smędzenia.FF

Z czterech kompozycji najjaśniejszym punktem jest niewątpliwie „Embraces” napędzany świetnymi i lepiącymi się do ucha gitarami. No prawie przebój. Reszta jest bardziej szara, ale  takim pozytywnym znaczeniu. Mechaniczna sekcja, typowy, grany szesnastkami, mocny bas i wokalista, który zbolałą, matową manierą pasuje jak w pysk strzelił do tej muzyki. Oczywiście, beznamiętne frazowanie wspomagane jest pogłosami („Columns” – wszystkie cechy gatunku w idealnych proporcjach…), co jeszcze bardziej upodabnia Future Faces do ikonicznych kolegów z Salford. Płyta kończy się niewątpliwie najambitniejszym kawałkiem „January” (a jakże…), który całą tą zbolałą i smutną jak cholera muzykę podaje z rozmachem, świadczącym o tym, że zespół ma chyba całkiem spore zakusy na więcej. Jeśli pójdą w takim kierunku, może być nieźle.

Nie powiem, że jest to płyta, która cokolwiek zmieni, ale nie można odmówić zespołowi, że jest stylowy i umie w te smutki. Jest obiecująco, ale zaczekajmy z ostateczną opinią na zapewne długograj, choć jak pokazuje chociażby pokrewny im Partisan, ep-ki w takiej kategorii sprawdzają się chyba lepiej…

Arek Lerch

Trzy i pół