FURZE – Reaper Subconsious Guide (Agonia)

Najbardziej lubię zaskoczenia. Takie, które powodują, że nie jestem pewien do końca, co słyszę. No i głupio mi coś napisać, bo człowiek boi się, że strzeli gafę. Tak jak w przypadku nowego Furze. W zasadzie nawet bez słuchania płyty, byłem przekonany o jej zawartości. Dlatego pierwszym odruchem po konsumpcji otwierającego krążek kawałka „Earlier than the Third Might of the Cosmos” była dokładna analiza zawartości odtwarzacza. Nie, nie pomyliłem się…

Wspomniany kawałek to rockowo – stonerowa wariacja z czystymi wokalizami, kojarzącymi mi się z kolei z… Lesem Claypoolem z Primus. Ale po kolei. Woe J. Reaper, jedyny członek zespołu, przyzwyczaił nas do swojej wizji depresyjnego, prymitywnego i mizantropijnego odłamu black metalu. Studyjny projekt, mało sterylne brzmienie eksponujące gitarowy brud. Miał być więc po raz kolejny czarci metal, a  dostajemy coś, co ortodoksi przełkną z trudem albo wcale. Idziemy dalej? „It Leads” – tak zapewne w mniemaniu black metalowców powinien brzmieć rock’n’roll. Płyta dedykowana jest pamięci Black Sabbath z okresu 1970 – 1975 a ja dorzucę jeszcze absurdalny humor a la Darkthrone, wyrażający się min. totalnym olaniem technicznej strony nagrań. Momentami te minimalistyczne, oszczędne łojenie na gitarach i bębnach wypada wręcz rozbrajająco surowo i nieudolnie. Jednocześnie nie sposób odmówić Furze stylowości w przywoływaniu wisielczej atmosfery nawiązującej do doom metalu a także obłąkanego łączenia depresyjnej atmosfery z niemal wesołym „rock’owaniem”. Bezpretensjonalność tej płytki jest bezdyskusyjna. Tu nie ma premedytacji, porywania się z motyką na księżyc. Furze eksploatuje ścieżki, którymi chodzili sabbath’owcy i jeśli Darkthrone ekshumuje obleśnego punk rocka, adaptując go do   swoich potrzeb, Furze robi to samo z ekipą Ozbourne’a. Ale z drugiej strony potrafi odjechać w rejony niemal psychodeliczne, czego dowodem jest kipiący od pogłosów „The Bonedrum”, czy w lekkie smagnięcia zgrzytającej awangardy w „Essential Wait”.

Woe J. Reaper nagrał płytę inną, groteskowo szczerą, czytelną, ale też budzącą opór, jeśli np. lubiło się posłuchać poprzednich prac norweskiego „one man projektu”. Trudno powiedzieć, na ile ta wolta stylistyczna jest zmianą stałą a na ile kaprysem, jeśli jednak   prawdziwa jest ta druga opcja, to i tak Furze zrobił doskonałą rzecz. Płyta wciąga atmosferą i nawet krzywe miejscami granie brzmi tak, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. Jednego nie mogę tylko znieść – tych cholernych dzwoneczków!! Nie kumam, po co zostały one tu wtłoczone?! Cóż, będę puszczał płytę rodzince, tłumacząc, że to takie skandynawskie kolędy wikingów…

Arek  Lerch 4,5