FULMOON BONGZAI – Is All That You Deserve

Długo zastanawiałem się, czy napisać kilka zdań w temacie kolejnego wydawnictwa tego bardzo enigmatycznego projektu z Grecji, o którym tak naprawdę wiadomo niewiele więcej niż to, że jest to horda (sic!) jednoosobowa. Dlaczego? Otóż dźwięki serwowane przez Fulmoon Bongazi to wyjątkowo wredna porcja antymuzyki, hałasu, który być może ma coś wspólnego z black metalem, ale tak naprawdę jest to tylko jedno z prowadzących na manowce skojarzeń, które napotkacie słuchając „Is All…”.

 

Fulmoon Bongzai najbliżej chyba do techno-industrialnej, dzikiej wariacji na temat black metalu, nie oczekujcie jednak, że owo określenie w pełni opisze dźwięki tego dziwnego tworu. Owszem, mamy tu tak jak w otwierającym album „Mora and Kasida” prostą, rytmiczną i bardzo blackową motorykę gitar, ale żeby nie było tak łatwo i przyjemnie są one maksymalnie przesterowane i chwilami zastanawiam się, czy to aby na pewno żywy instrument. Jednak brzmienie gitar to mniej istotny problem; całość określa i nadaje sens chora, elektroniczna jazda. Pogłosy, irracjonalne, dźwiękowe plamy a wszystko niemiłosiernie pławiące się w industrialnym sosie… Efekt jest taki, że słuchając Fulmoon Bongzai zaczynamy mieć wątpliwości co do zdrowia psychicznego twórcy tej „muzyki”.

„Is All That…” to dzieło odpychające lecz nie pozbawione specyficznego, schizofrenicznego uroku. Pozornie jest to muzyka, w której niepodzielnie rządzi chaos, ale to tylko pozory… Mam wrażenie, że każdy, wylewający się z głośników dźwięk ma tu ściśle określone miejsce a całość mimo, że szalona jest dziełem spójnym, bez trudu wprowadzającym słuchacza w swoisty trans. Być może właśnie w ten sposób wyglądać ma black’owy (celowo unikam słowa „metalowy”) rytuał w XXI-wieku?

Fulmoon Bongzai tworzy dźwięki bardzo specyficzne, które trudno jest polecić sprecyzowanemu gronu odbiorców. Istnieje szansa, że album ten zdobędzie zwolenników wśród wyznawców Oranssi Pazuzu i Iperyt, ale równie dobrze może być przez nich wyklęty i pozbawiony jakiejkolwiek czci. Jeśli macie ochotę na chory, eksperymentalno-industrialny trip ze sporą ilością czerni w tle, to na własną odpowiedzialność możecie spróbować zmierzyć się z „Is All That You Deserve”. Być może będzie to wyprawa do miejsc, których jeszcze nie odwiedzaliście.

Wiesław Czajkowski