FULL OF HELL&MERZBOW – split (Profound Lore)

Nie istnieje coś takiego jak obiektywizm. Całe nasze postrzeganie świata, jego percepcja wymagają wręcz od nas obrania jakiegoś konkretnego stanowiska, z którym możemy się utożsamić. Piszę o tym nie bez powodu, zdaję sobie sprawę, iż oceniając najnowszy, kolaboracyjny album Full Of Hell&Merzbow mogę być posądzony o niezdrową wręcz fascynację tymże dziełem. Trudno, będę zatem subiektywny do granic możliwości. Jednak, i jestem tego całkowicie pewien, niemożliwym jest przejście obok tego albumu obojętnie. Za dużo w tym wszystkim strachu, zła i brzydoty, ponieważ tylko w tych kategoriach estetyczno-moralnych można rozpatrywać opisane poniżej dźwięki.

Strach, zło i brzydota – wszystkie te czynniki tworzą ścianę wręcz nie do przebicia, pojawiającą się podczas obcowania z tą płytą. Jeśli pogłębianie się skrajnej, dźwiękowej socjopatii można uznać za muzyczny progres, to Amerykanie z Full Of Hell są najbardziej rozwojowym i płodnym zespołem wszechczasów. Po świetnym debiucie, jakim było „Roots Of Earth Are Consuming My Home” oraz jego jeszcze bardziej ekstremalnym następcy, czyli „Rudiments Of Mutilation”, dokonali rzeczy pozornie niemożliwej, otóż, choć sam do końca nie mogę w to uwierzyć, przesunęli sukcesywnie granicę tworzonego przez siebie chaosu. Chcę także uniknąć wszelkich niedomówień – nie jest to rzecz na zasadzie zagrania jak najbardziej metalowego riffu na świecie, podczas gdy reszta zespołu stara się nie ustępować gitarzyście w swoim diabioliźmie. Tutaj w każdym dźwięku czai się strach, który jest wręcz namacalny dla słuchacza. W każdym dźwięku znajduje się maksymalna ilość zła skondensowana w bardzo krótkich formach muzycznych (biorąc pod uwagę długość większości utworów). W każdym dźwięku obcujemy z brzydotą tego świata, odciskającą na słuchaczu nieprzyjemne, choć to bardzo delikatne wyrażenie, uczucie niepewności. Patrząc natomiast od strony, tak to ujmę, „technicznej” – album jest zdecydowanie najszybszym dziełemFull Of Hell wspomnianej czwórki, ilość nieludzko szybkich blastów utwierdza mnie w przekonaniu, że Dave Bland jest młodym bogiem perkusji – powinna być to dla wszystkich kwestia bezsporna. Inna sprawa, iż nie zazdroszczę mu grania nowych utworów na żywo – takie kawałki jak „Gordian Knot” czy „Humming Miter” są tego najlepszym przykładem. Opętańcze wokale połączone ze świdrującym brzmieniem gitary (chyba najlepsze jakie do tej pory udało im się uzyskać) i niesamowitą grą sekcji rytmicznej sprawia, że dostajemy dzieło, pomimo całkowicie nieprzyswajalnego dla ludzkiego ucha audialnego brudu, przemyślane od początku do samego końca. Niesamowicie wypadają także te „muzyczne monumenty” utrzymane w wolniejszym tempie, jak np. „Thrum In The Deep” czy niepokojący w swoim minimalizmie „Ludjet Av Gud”. Długość całego albumu jak zwykle nie łechta zwolenników dzieł rozciągniętych w czasie do granic możliwości. Jednak w tym wypadku jest to całkowicie uzasadnione – dłuższe obcowanie z tego typu bezkompromisową twórczością jest dla mnie równoznaczne z permanentnym stanem apatii i fizycznych katuszy. Grzechem byłoby nie wspomnieć o wplecionej w całość śmieciowej elektronice stworzonej przez legendę we własnej osobie, czyli Masami Akicie. Bo choć znajduje się ona na drugim planie w stosunku do twórczości Full Of Hell, to jest niejakim tłem, skutecznie utrudniającym nam odbiór albumu. Jak wspominał w wywiadzie jeden z muzyków, zasadniczą część płyty (czyli jakieś 70%) zajmuje muzyka chłopaków, natomiast pozostałe 30% to hałas autorstwa Merzbow. Jednak to nie wszystko, ponieważ Profound Lore zafundowało słuchaczom dodatkowy dysk o nazwie „Sister Fawn” na którym proporcje odwracają się. Jeśli mam być szczery, to tak agresywnych dźwięków wspomniany Japończyk nie wydał chyba od czasów „Venereology” czy sławetnego „Pulse Demon”. Całość przyprawiająca o dreszcze, złowroga niczym orkiestra grająca na ludzkim wysypisku. Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek zastanawiał się gdzie właściwie leżą granice muzyki, słowem tego, co muzyką możemy jeszcze nazwać, po przesłuchaniu takich kawałków jak chociażby „Merzdrone” zostanie pozostawiony samemu sobie z rozdziawioną szczęką i piskiem w uszach. Muzycy z FOH wyrazili także opinię, jakoby ten album brzmiał dokładnie tak, jak właściwie chcieli brzmieć od samego początku istnienia zespołu. Trudno mi nie uznać tych słów za całkowicie prawdziwe, jestem w stu procentach przekonany, że ten kolaboracyjny album jest niejakim podsumowaniem ich dotychczasowej twórczości i muzycznych dążeń. Warto także zwrócić uwagę na kwestię szaty graficznej. Została ona stworzona przez Marka McCoya (wokalista m.in. Charles Bronson czy Das Oath) i jest idealnym zobrazowaniem muzyki zawartej na albumie – dosyć oszczędna, aczkolwiek zapadająca w pamięć swoim agresywnym, niepokojącym charakterem.Merzbow

Każdy rodzic byłby bardzo zaniepokojony wiedząc, że jego dziecko uprawia tego typu twórczość lub przynajmniej zagłębia się w nią. Żaden normalny człowiek nie jest przystosowany do odbierania natłoku tak intensywnych dźwięków, podanych w niesamowicie organicznej i nieludzkiej zarazem formie. Wszystko to świadczy jednak o niesamowitej dojrzałości muzycznej, czego przykładem jest opisywany właśnie album. Ciężko będzie mi uwierzyć, że jakieś ich dzieło zdoła przebić to, co dostaliśmy teraz. Czas pokaże. Na ten jednak moment jestem w stanie napisać tylko jedno: listopad przyniósł, wraz z chłodem i deszczem, mojego absolutnego faworyta roku 2014. Numb your mind.

Kevin Nazencew

Sześć