FULL OF HELL & PSYWARFARE – split (A389 Recordings)

Niebanalność jest cechą cholernie ważną, zarówno w sztuce jak i życiu codziennym. Szczególnie dzisiaj, zatem z ogromną (choć nieco sadomasochistyczną) przyjemnością czekałem na moment, w którym będzie mi dane usłyszeć omawiane wydawnictwo. Na wstępie muszę także przyznać się do miłości, i nie ma tu ani krzty przesady, jaką darzę albumy typu fifty-fity, czyli po prostu „splity”. Przyznajcie sami: nie ma chyba nic, co w sposób bardziej dobitny oddaje radykalnego i niezależnego ducha punkowych kapel, niż dwie strony winyla, każdy z inną ekipą. Wspominam o tym nie bez powodu, ponieważ chcę zająć się właśnie takowym splitem – każdy z nieco odmienną, ale bardzo „niebanalną” twórczością.

Zaczniemy od strony Psywarfare. Dla mniej wtajemniczonych, jest to eksperymentalny projekt zasłużonego już dla hardcore’owej sceny jegomościa, znanego jako Dawid Hellion. Celowo staram się tu unikać określenia „weteran”, które ma dla mnie wydźwięk jednoznacznie pejoratywny i kojarzy się z dziadami w czarnych, skórzanych gaciach, do tego z dwugryfowymPsywarfare fenderem, jako nieodłącznym wyznacznikiem „muzycznego wyrafinowania”, czyli ujmując sprawę wprost – bycia dinozaurem z przerośniętym ego. Dawid na co dzień udziela się wokalnie w sławetnym Integrity, tu jednak poznajemy go z zupełnie innej strony. Przede wszystkim: nie uświadczymy  wokalu. Zatem co w zamian? Otóż dostajemy ponad 20 minut twórczości, która wprawia słuchacza w otępienie. Głównym atutem jest tutaj transowość – praktycznie jeden, wałkowany w kółko motyw, przypominający coś na wzór zdezelowanej karuzeli z porzuconego wesołego miasteczka. Bez cienia przesady, słuchając tego utworu przez głowę przelatuje mi jakieś milion obrazów, wszystkie utrzymane w upiornej, dosyć burleskowej, stylistyce. Nie wiem, czy określenie „burleskowa” jest adekwatne w stosunku do muzyki, jednak słuchając tych „egzotycznych dźwięków Psywarfare” widzę spowolniony, naprawdę stary film z cyrkowymi dziwolągami w roli głównej (sami wiecie, kobieta z brodą, bliźnięta syjamskie zrośnięte głową, coś na wzór „Freaks” Toda Browninga…). Historia tego kawałka sięga lutego 1997 roku, więc podejrzewam, że gdybym usłyszał go w okresie, gdy byłem jeszcze młody i niewinny, załamałbym się psychicznie i zaczął zmagać z bezsennością. Groteska, panie i panowie, groteska w najczystszej postaci.

Drugą stronę medalu (możemy potraktować ją jako awers lub rewers, to zupełnie nieistotne) wypełnia nie mniej wesoła twórczość „młodych i zdolnych” Amerykanów z Full Of Hell. Tu, wspomniana już kilkakrotnie „niebanalność” osiąga trochę inny poziom. Nie ujmując oczywiście nic poprzedniej stronie splitu. Pisząc o innym poziomie, mam na myśli „asłuchalność” omawianego materiału przez przeciętnego, statystycznego i wyimaginowanego zjadacza chleba. Panowie z FoH atakują nas hałasem w najczystszej postaci – charczącym, brudnym, przeszywającym na wskroś organy słuchowe. Brzmi trochę jak sygnał nadawany przez hordę diabłów chorych na epilepsję, które w tym celu posługują się odgłosami wszystkich potępionych. Dodajmy jeszcze radio w stanie agonalnym, ścianę sprzężeń oraz chór wykonujący fragment przepowiedni Balaama z biblijnej Księgi Liczb, dopełniający makabrycznej całości. Wszystkim tym, co w muzyce już dawno przestali upatrywać jakichkolwiek schematów, konkretnych linii melodycznych, słowem, elementu, który pomoże im ją w jakikolwiek sposób zaszufladkować – szczerze polecam. Mówiąc o stronie zawierającej „Thee Insurmountable Wall”, nie sposób pominąć warstwy lirycznej oraz graficznej (dla mnie idących praktycznie na równi z muzyką). Tekst to prawdziwy majstersztyk, wspaniale współgrający z atakującymi nas dźwiękami. Natomiast grafika to dzieło niejakiego Boo – człowieka tworzącego inny, amerykański boysband – Dead in The Dirt. Tak więc mamy tu skrajny minimalizm, przyozdobiony charakterystyczną kreską wspomnianego wyżej pana. Opisywać jednak nie mam zamiaru, bo nie czas i miejsce na to.FoH

Tak więc, słowem zakończenia, dajcie się ogarnąć temu dziwnemu uczuciu jakie towarzyszy słuchaniu tego albumu i pogrążcie się w natłoku dźwięków, zniszczcie sobie słuch oraz żyjcie długo i szczęśliwie.

Kevin Nazencew

Pięć