FUCKED UP – David Comes To Life (Matador Records)

Pochodzący z Toronto w Kanadzie zespół to dziewięć lat historii znaczonej całą masą singli i trzema płytami długogrającymi. Trzecia, najnowsza w pełni na miano długogrającej zapracowała. Ponad 70 minut i 18 utworów to w dzisiejszych czasach raczej rzadko spotykany wynalazek. Czy w przypadku punkowo/rockowej załogi ten pomysł się sprawdzi? Mam nadzieję, że tak, choć nie są pierwszymi, którzy rzucają się na coś więcej niż zbiór kilku piosenek.

Już z założenia „David Comes To Life” było przedsięwzięciem obliczonym na odpowiedni rozmach. Fucked Up wyraźnie pozazdrościli popularniejszym braciom z Green Day i także postanowili przygotować coś na wzór rockowej opery. Ba, odnoszę wrażenie, że momentami zależy im, by wejść do historii muzyki jako autorzy dzieła, które będzie mogło stanąć tuż obok townshend’owskiej opery „Tommy”. Wystarczy wejść na stronę zespołu, by zorientować się, jak sprawa jest poważna. Obszerne opisy historii głównego bohatera, podział na rozdziały, podobnie jak w przypadku płyty. Duży nacisk na konceptualność całego założenia. Sporo pracy włożyli w ową historię pracownika fabryki żarówek muzycy Fucked Up. Pozostaje tylko jedna kwestia – muzyka…

Konwencja rock opery narzuca zapewne jakąś formę, jednak Kanadyjczycy stworzyli po prostu kilka piosenek. Tak, piosenek, opartych na wyraźnych riffach i dość prostej konstrukcji aranżacyjnej. Wszystko zagrane jest bezpretensjonalnie z wyczuciem, rockowo, z lekko wyczuwanym, punkowym zębem.  Jak można się domyślać, zespół postanowił dodać troszkę zadęcia numerom, przez co większość rozkręca się bardzo długo, zaś najbardziej brakuje mi kulminacji w postaci wpadających w ucho, czy pełnych rozmachu refrenów. To jest największe zaskoczenie płyty – większość kawałków skomponowana jest na wysokim, równym poziomie, ale nie ma mowy, by któryś wyróżnił się na tle pozostałych. Mamy melodyjne riffy, gitary akustyczne, wszystko jest odpowiednio rytmiczne, momentami brzmi jak skrzyżowanie maniery The Pixies z Dinosaur Jr. Tymczasem owo umiarkowanie zaczyna uwierać – zespołowi zależało zapewne na stworzeniu całości, pewnej konstrukcji, której układu nie burzą wyróżniające się motywy.

I byłoby to całkiem niezłym pomysłem, gdyby nie fakt, że gdzieś tak od 6 czy 7 utworu odczuwam palący brak katharsis, rozładowania napięcia w postaci czegoś autentycznie porywającego. Niestety, żeby płyta zrobiła odpowiednie wrażenie, trzeba jej słuchać jako całości, pewnej dźwiękowej koncepcji, bez wygórowanych oczekiwań względem poszczególnych utworów. W sumie, nie wiem, czy to dobrze czy źle? Gdyby z tej 18 – tki wyrzucić kilka numerów a kilka innych przearanżować, powstałoby małe arcydzieło, niestety, zespół chce nas najwyraźniej przytłoczyć, serwując dzieło brzemienne w ambicje. Dlatego pozostaje chyba słuchać płyty w niewielkich dawkach, albo potraktować jako solidną, rockową tapetę do różnych, mało absorbujących zajęć. Wtedy płyta okaże się całkiem użytecznym kawałkiem plastiku…

Arek Lerch 3,5