FRONTSIDE – Sprawa Jest Osobista (Mystic Prod.)

Mariusz Dzwonek przekonuje w wywiadach, że po 20 latach sprawa zrobiła się naprawdę osobista i zespół dopiero teraz pokazuje, że może wszystko. Pełna zgoda, pojawia się jednak pytanie, czy w tym bezkresie studyjno-kompozytorskich możliwości nie powinny znaleźć się jakieś granice?

Z dziesięciu premierowych utworów spokojnie można by wykroić ep-kę, albo nawet dwa większe single, które miałyby na celu pokazanie zespołu z – do czego zdążyli nas już przyzwyczaić w klipach – przymrużeniem oka. Jednakże panowie zdecydowali się, że przerwa jaka dzieli „Zniszczyć Wszystko” od „Sprawa Jest Osobista” jest im potrzebna, aby stworzyć totalnie bezkompromisowy materiał skierowany dla wszystkich wiernych hejterów i fanów, którzy patrzą na zespół tylko przez pryzmat podręcznikowej, metalcore’owej młócki.

Biorąc pod uwagę dotychczasowe reakcje na „Sprawa jest osobista”, cytując jeden z tytułów utworów „Ewolucja albo śmierć”, na chwilę obecną dotychczasowa inkarnacja Frontside skazana jest na niebyt. Rzeczony już Dzwonek aka Demon zaznacza jednak, że na koncertach Frontside nadal będzie spuszczał wpierdol, zatem rodzi się pytanie, skąd pomysł takiego materiału? Kolejny krok do osiągnięcia pełni samorealizacji? A jeśli nawet, to czy wymagał tego szyld Frontside? Powyższe pytania, przynajmniej w moim tekście, pozostaną bez odpowiedzi. Co więcej, nie opowiem się po żadnej ze stron barykady. Nie tym razem. Po grubo ponad dekadzie niemal bezkrytycznego podejścia do tego zespołu, dziesiątkach koncertów z udziałem sosnowieckiej hordy mówię stop. Jestem zszokowany i zbieram zęby z podłogi.

Zacznijmy od plusów. Stale chwalony Dariusz „Daron” Kupis jak zwykle pokazuje się z najlepszej możliwej strony. Z każdym kolejnym nagraniem z jego udziałem, nie ważne czy gościnnie czy w swoim „macierzystym” zespole, chłop udowadnia, że należy do ścisłej czołówki najlepszych metalowych gitarzystów w Polsce. Lekcje gry na instrumencie oraz zajęcia z teorii muzyki opłacały się. Jeśli miałbym wskazać największy atut „Sprawy…” to właśnie padnie na Darona. Druga sprawa; brzmienie. Panowie śmieją się, że nagrywali w Polsce a sound mają za dolary. Podpisuję się pod tym każdą możliwą kończyną (śmiech). Co więcej, wydaje mi się, że jak na tak oszczędne granie (praktycznie brak podwójnej stopy, zorientowanie utworów na główny riff/temat i refreny, których jest – co raczej logiczne z racji na hard’n’heavy – znacznie więcej niż do tej pory) lepszego brzmienia mieć nie mogli. Poza tym, pamiętajmy, że to wciąż kapela, w której grają ludzie, którzy są zdecydowanie bardziej heavy – i mentalnie i jako muzycy – niż większość grajków do tego w naszym kraju aspirujących.FFF

Co dalej? Auman. Na teksty – choć miejscami dość błyskotliwe – pozwolę sobie spuścić kurtynę milczenia. Inaczej patrzę na liryki, kiedy je czytam, a inaczej, kiedy słyszę interpretację Aumana (Roguca, Zielonego i Oli Kasprzyk). Wokalnie jest to zdecydowanie najlepszy krążek Frontside. Różnorodny, pokazujący szeroki wachlarz umiejętności znaku rozpoznawczego sosnowiczan. Wystarczy posłuchać „Legendy” czy czarnego konia, klimatycznego „Nieważne” aby mieć tego najlepszy dowód.

Co z gośćmi? Kompletnie nie podoba mi się do bólu klasyczne „Kilka Próśb” z Zielonym, ale szczyt mojego niezrozumienia Frontside osiąga w „Jaki kraj taki rock’n’roll”. Tekst dobitnie opisujący rzeczywistość, ale ciągłe wałkowanie głównego wersu – delikatnie mówiąc, po prostu się nie chwali. Jedyna kobieta w zestawieniu, Ola Kasprzyk śpiewająca w „Mieć czy być” wypada wzorowo i chętnie posłucham jej w przyszłości, ale numer ten cierpi na dokładnie taką samą wadę co „Jaki kraj taki rock’n’roll”. Numer trzy w tym zestawie, a tak naprawdę numer jeden: Piotr Rogucki, wokalista łódzkiej i równie mocno znienawidzonej, co kochanej Comy to jeden z filarów „Sprawy…”. Specjalnie napisany pod niego tekst i utwór mogą doprowadzić kolegów z jego zespołu do zazdrości. Tutaj brawa dla Dzwonka, który, jak widać, potrafi być uniwersalnym kompozytorem, odnajdującym się w skrajnie różnych rzeczywistościach.

Ocena końcowa? Muzycznie to naprawdę bardzo przyzwoity i zaskakująco nośny album. Komercyjny potencjał całej dziesiątki utworów jest ogromny i wcale mnie nie dziwi wybór „Wszystko albo nic” na radiowego singla. Czas pokaże czy Ci, którzy teraz odwracają się od swoich ulubieńców mieli rację. A jeśli nie, zawsze można „odpuścić im ich winy”.

Grzegorz „Chain” Pindor