FRANZ FERDINAND  – Right Thoughts, Right Words, Right Action (Domino)

Szkockie france wystartowały otoczone nimbem indie – sensacji, będąc jedną z większych atrakcji pierwszej fali nowomilenijnego rocka, trochę pokrzyczały, poszumiały a potem zapanowała wokół nich jakaś zmowa, nie tyle milczenia, co wiecznego malkontenctwa. Że się nie rozwijają, że stoją w miejscu, że retro się znudziło. Dzisiaj, kiedy na świecie jest czwarty krążek kwartetu, można stwierdzić – faktycznie, nic się nie zmieniło. I zaraz dodać – bardzo dobrze, że tak właśnie jest.

Nigdy nie traktowałem FF jako zespołu, który miałby cokolwiek rewolucjonizować, rozbijać i budować na nowo. To media, wiecznie szukające sensacji, ciągle budujące nowe pomniki, choćby i z piasku, upatrzyły sobie jakiś czas temu Franz Ferdinand, robiąc z zespołu ikonę, co przyniosło im więcej szkody niż pożytku. Rozbuchane oczekiwania nie zostały spełnione a sami muzycy po prostu tworzą powoli swoje dźwięki, cały czas zachowując swego rodzaju młodzieńczą naiwność, która pozwala im grać muzykę bezpretensjonalnie pozytywną. Jasne, duch retro pozostał i na „Right…” mamy do czynienia z prostym, niemal oczywistym konglomeratem brzmień, rytmów i melodii, które wiosny nie czynią, ale sprawiają, że zimne, jesienne wieczory nabierają cieplejszych kolorów. Zmianą, o której warto wspomnieć, jest nawrót do bardziej topornych, rockowych hymnów, co szczególnie widać w zestawieniu z ciążącą w stronę synth popu poprzedniczką „Tonight: Franz Ferdinand”.

Największy atut „Right…”? Ta płyta jest bezsprzecznie, całkowicie i zaraźliwie wręcz pozytywna i taneczna, co – przynajmniej w moim przypadku – pozwala zapomnieć o jakichkolwiek pretensjach. Słuchając „Right Action”, „Evil Eye” czy łobuzerskiego „Stand on the Horizon” nie myślę o żadnych porównaniach, bo muzyka jest tak bezpretensjonalnie i naiwnie wesolutka i porywająca do podrygów, że spełnia z nawiązką swoją podstawową funkcję – rozrywki. Jeśli ktoś szuka odkryć na miarę przełomu wieków, rewolucji czy awangardy, proszę bardzo, niech pogrzebie wśród francuskich black metalowców, tam spełnią się jego oczekiwania. „Right…” to przede wszystkim zabawa, choć mająca też różne odcienie. France potrafią się uspokoić („The Uniuverse Expanded”), ale i dołożyć do pieca nieco bardziej gwałtownymi rytmami („Bullet”) a jak trzeba, pojadą melancholijną nutą w pożegnalnym zamykaczu „Goodbye Lovers & Friends”. Rzecz jasna, w wykorzystaniu cytatów z przeszłości są mistrzami, dlatego pełno tu zagrywek, które kojarzyć się to z brit popem, to z wczesnym Duran Duran, gitary przetwarzają hałaśliwe patenty Richardsa na modłę The Strokes, no i te harmonie wokalne… Sam miód.

Wiem, że zachowuję się trochę jak zwykły fan, obiektywizmu w tym ani krzty, jednak nawet ja zauważam, że dzisiaj FF to po prostu zwykły zespół rockowy i jako taki jest… dobry. A najlepiej smakuje w oderwaniu od kontekstu czasów. Zapominamy, że 2004 rok pozostał daleko za nami i gdzieś obok hałasują młode wilczki z The 1975. Zapraszamy do tańca, bo o to tak po prawdzie w tym wszystkim chodzi.

Arek Lerch

Cztery