FRANZ FERDINAND – Always Ascending (Domino/Sonic)

Koszmar oczekiwań to przekleństwo każdego zespołu, który wypracował własne brzmienie i gra dostatecznie długo, żeby sformatować swoich słuchaczy. No i dziennikarzy. Tak jest z Franz Ferdinand, który stworzył kanon gitarowego, frywolnego rocka, został ikoną indie, nagrał kilka fajnych płyt i wymyślił patent na nadanie pozornym banałom własnego charakteru. Udało się. Dlaczego zatem postanowił to zmienić? I dlaczego nagrał słabą płytę – płaczą żurnaliści.

A ja nie płaczę. Nie dlatego, że to bardzo dobra płyta. Bo faktycznie, do paru numerów, szczególnie w drugiej części krążka mógłbym się przyczepić, że są jedynie dodatkiem do kolejnych paru, które na pewno staną się koncertowymi hitami. Nie płaczę, bo w dużej mierze cieszę się, że Franz podjął odważną decyzję a nie pod wpływem presji tzw. fanów jął nagrywać kolejne, takie same, tak samo gitarowe, wesołe potupajki. Oczywiście, można i tak, ale najwyraźniej Ferdinadom się znudziło. Choć może mylnie myśleli, że tworzą HIT? Ciekawe, czy podobne myśli towarzyszyły Arcade Fire, kiedy zabierali się za prace nad płytą „Everything Now”, o której teraz pewnie chcą już zapomnieć. Franz raczej tego problemu miał nie będzie, bo choć dziennikarze suchej nitki na płycie nie zostawili, to jest tu z pięć piosenek, które będą w naszej pamięci. A że dokręcili gitary i poszli w stronę dyskoteki? Nie pierwsi i nie ostatni. Inna sprawa, że akurat w kilku numerach proporcje między gitarami a klawiszami są bardzo smakowite a w zestawieniu z firmowymi harmoniami tworzą jakąś tam, nową jakość.franz_ferdinand_-_pc_davidedwards_franzferdinand_sept1720070_1-300_dpi

Zacznijmy zatem może od tego co na nowej płycie może się podobać. Oczywiście – numer tytułowy, ale to już klasyk. Taneczny puls, melodia. W sumie, numer idealny do pokazania zmian w zespole. Równie dobry jest „Lazy Boy” z wkręcającą melodią i tą śmieszną, ale jakże charakterystyczną dla Ferdinanda zagrywką gitarową. Spokojnie płynący „Paper Cages” mógłby być co najwyżej na stronie B singla, ale już „Finally” to powrót do dobrego pulsu, z kolei „Lois Lane” to całkowicie zalane plastikiem syntetyczne lata 80. Nie podoba mi się na pewno końcówka w postaci nudnego „Slow Don’t Kill Me Slow”, niczym nie przekonuje też sztampowo okraszony saxem, zrobiony trochę na siłę „Fell the Love Go”, zresztą, podobnie jak „Glimpse of Love”.

Całość jest po prostu konsekwentnym skokiem do czasów dyskoteki, próbą przełożenia na syntezatory aranżacji gitarowych z zachowaniem własnego stylu. A że nie zawsze się to udaje, to już inna sprawa. Nie mam z płytą problemu, bo tak jak pisałem w przypadku albumu „Right Thoughts, Right Words, Right Action”, FF nie jest zespołem, który ma cokolwiek odkrywać czy rewolucjonizować a jedynie przynosić rozrywkę. A skoro mamy czasy mp3, to wycinam sobie z folderu tych kilka gorszych piosenek i zostawiam bujającą resztę. Tyle. Nic więcej i bez oceny tym razem…

Arek Lerch