FOSTER THE PEOPLE – Sacred Hearts Club (Sony)

Jestem niesamowicie ciekawy, jak to jest być w skórze członka Foster the People. Komponujesz utwory w pocie czoła, dbasz o swoją pozycję na stromym wzgórzu mainstreamu, a wszyscy kojarzą cię jedynie z “Pumped up Kids”. Dumam, czy stanie się niewolnikiem własnego hitu może wzbudzić frustrację w twórcach. A może zwyczajne poczucie bezsilności, gdy mimo sporych modyfikacji w warstwie kompozycyjnej, mało kto zwróci na nie uwagę. Wiadomo, że nie wywraca to specjalnie wyników sprzedażowych kapeli, aczkolwiek może nadszarpnąć ego jej twórców. Tym bardziej z powodu zawartości “Sacred Hearts Club”, która momentami z czystej przekory wydaje się być zupełnie odmienna od poprzedniczek.

Istotne zmiany, w które obfituje trzeci album Amerykanów nie są równoznaczne z radykalnym zjazdem na inne muzyczne autostrady. Sednem twórczości Foster the People chyba już na zawsze pozostanie wwiercający się w korę mózgową popowy budyń robiony pod dyktando swoich czasów. Odnoszę wrażenie, że wraz z nadejściem “Sacred Hearts Club” w obozie tercetu z Miasta Aniołów doszło do pewnego kryzysu. Panowie za wszelką cenę pragną odkryć siebie na nowo, lecz po ucieczce od utartej formuły trochę się zagubili. “Sacred Hearts Club” to dzieło kolektywu, który chyba sam nie do końca wie, gdzie zmierza, co w konsekwencji dało nierówną płytę. Na swoim najnowszym dziele Amerykanom zdarza się odpłynąć w ciekawe rejony, aczkolwiek efekty eksperymentów skutecznie przesłania przesadna w swej infantylności melodyka dzierżąca większość utworów z krążka. W niektórych przypadkach dało się to obrócić w zaletę, gdyż festiwalowo-sielska atmosfera takiego “Static Space Lover” przykuwa uwagę “ejtisowym” pakietem radosnych dźwięków i nastrojem podnoszącym na duchu nawet największych smutasów. Niestety, nic mi z tego, skoro dumnie wypięty w trackliście “Lotus Eater” już od pierwszych taktów mierzi przaśnym beatem na miarę indierockowców przesiadujących znaczną część życia w Starbucksie.band

To jest chyba mój największy problem z “Sacred Hearts Club” – zestaw skrajnych odczuć odnośnie jej poszczególnych elementów. Ten materiał to typowy, festiwalowy samograj, który słuchany etapami i rozbierany na części pierwsze cieszy znacznie bardziej niż przy pożarciu na raz. Ot, “Loyal Like Sid & Nancy” – elektronicznie pulsujący hicior hołdujący latom świetności electro wyśmienicie poradziłby sobie jako singiel, ale w zestawieniu z masą tak odmiennych od siebie nie działa zbyt dobrze. Podobnie wygląda sytuacja z “SHC”, który spokojnie mógłby wpisać się w program dowolnego dzieła Jamiroaquai – ta funk-popowa pulsacja, nośna ekspozycja zwrotek i subtelne frazowanie w średnim rejestrze zawsze robią swoje. W obliczu takich pereł staram się zapomnieć o koszmarkach pokroju “Pay the Men” – najwyraźniej mającego za zadanie sparodiować rap – czy “Love My Friends, nieznośnie ckliwego w swej wymowie przesłodzonego potworka.

Spędziłem z “Sacred Hearts Club” sporo czasu, lecz każdy seans z nią pogłębia moje dylematy i pytania. Dalej ciężko mi odpowiedzieć na stare, a rodzące się nowe wcale w tym nie pomagają. I to dlatego powstrzymam się z ostateczną oceną krążka.

Łukasz Brzozowski