FORGE OF CLOUDS – Ordinary Death

Zastanawiam się czasami, skąd u nas taka miłość do dźwięków smutnych, zdołowanych i zimnych niczym trup w prosektorium. Zresztą, wspomniana instytucja dobrze z takimi klimatami koresponduje. Raz lepiej, raz gorzej, ale zazwyczaj w punkt trafiają kolejne zespoły, które rozpychają się w działeczce, nazwijmy ją – post metalowej. Dołącza do nich swoim drugim dziełem Forge of Clouds. Żeby było jeszcze milej, „Ordinary Death” to faktycznie zwiastun śmierci, choć nie tak znowu zwyczajnej – zespół w związku z emigracyjnym epizodem jednego z gitarzystów, zastanawia się nad zmianą nazwy i formuły muzykowania a i kawałków z nowej płyty na żywo raczej nie uświadczymy.

Powyższe historie nie zmieniają faktu, że „Ordinary Death” co całkiem ciekawy kawałek mozolnego i wiercącego dziurę w brzuchu hałasu, wydanego – miejmy nadzieję, że tylko na razie – via bandcamp. Zwyczajna śmierć działa niczym kostka lodu – podniebienie drętwieje, ale zimna woda przyjemnie chłodzi. W pierwszym odruchu też miałem ochotę zakończyć temat słowami: mrok, smutek i ziąb. W muzykę trzeba się jednak wgryźć, żeby dostrzec te „cieplejsze” wątki. Z jednym z nich nie ma akurat problemu. Chodzi o brzmienie płyty. Debiutancki album raził produkcją zbyt sztuczną, zresztą sam zespół zdradza, że bębny były wówczas częściowo samplowane. „Ordinary Death” to już kawał bardzo fizycznie brzmiącej rzezi. Czytelnie, agresywnie i przestrzennie – dokładnie tak jak trzeba, bez niepotrzebnych eksperymentów. Duży plus. Po dłuższym obcowaniu z muzyką wyłania się drugie dno, którym jest ciekawa melodyka tych utworów, raz realizowana przez progresje akordów i zagrywki gitarowe („Mahakala”), to znowu przez bardzo klimatyczne, zapadające w pamięć partie wokalne („Delay”). Konstrukcyjnie grupa obraca się w znanym schemacie – bardzo wolna rytmika, dynamiczne zabawy z mocniejszymi, gęstymi od gitarowych przesterów fragmentami, skontrastowanymi z całkiem licznie występującymi przestrzennymi wyciszeniami. Tych jest tu bez liku (chociażby mocno rozbudowany „Wrong Number”), jednak najważniejsze są bardzo sprawne aranżacje, które nie pozwalają na nudę, o co w takiej formule nie jest trudno. Płyta opiera się na trzech kompozycjach – „Mahakala”, „Dissonance” i „Delay”. W tych utworach dzieje się najwięcej i łatwo doszukać się inspiracji hałaśliwą, amerykańską alternatywą z lat 90 – tych, jak i klasykami post metalu. Ten ostatni pierwiastek występuje głównie za sprawą ciężkich, agresywnie granych riffów, które na szczęście są odpowiednio często rozjeżdżane psychodelicznym walcem. Miejscami udaje się zespołowi wpaść w przyjemny trans, jest trochę dysonansów a przede wszystkim króluje tu eklektyzm – wprawne ucho wyłowi sporo smaczków i zaskakujących wpływów (np. mocno progresywny charakter „Cliche”), co pozostawiam zainteresowanym.

„Ordinary Death” to bardzo równa i solidna płyta, choć muszę dodać, że raczej niczego nowego zespół nie odkrywa. To bardziej dopracowanie formuły i uwypuklenie wątków, w stosunku do mało wyrazistego debiutu. Szkoda, że być może jest to też pożegnanie z taką stylistyką, bo na razie nie wiadomo, w jaką stronę pożeglują teraz muzycy. W każdym bądź razie życzę im na nowy rok wiatru w żaglach.

Arek Lerch

Cztery