FOR THE FALLEN DREAMS – Heavy Hearts (Rise Records)

Tytuł tego albumu koresponduje z moją oceną nowego dzieła For The Fallen Dreams. Z ciężkim sercem, bólem i zażenowaniem wystawiam tej pozycji zaskakująco niską notę. Grupa, która jeszcze kilka lat temu była jednym z objawień na metalcore’owej scenie, upadła na samo dno wtórności i cytowania samych siebie.

Szósty studyjny album zespołu z Detroit jest zarazem pierwszym po powrocie do składu Chada Ruhlinga. Chłop w pewnym momencie poróżnił się ze swoimi kolegami i założył band o nazwie Legend. Formację, która była niemal kopią FFTD, z tą jednak różnicą, że mniej melodyjną. Teraz, nie wiedzieć czemu, powrócił na łono macierzystej grupy, ale – o dziwo – działalność Legend nie została zawieszona. Dziwna akcja, i szczerze mówiąc, cholera wie co jest tego wszystkiego powodem. Jedno wiem na pewno, w karierze tego FTFD momentem przełomowym okazało się odejście Andrew Tkaczyka, perkusisty i jednego z kompozytorów, który doskonale realizuje się w The Ghost Inside. Jego miejsce zajął obecny perkusista – a jakże – Legend i nie ukrywam, że ujemnie wpływa to na zespół. Zresztą, wszystko co dzieje się w szeregach podopiecznych z Artery Records, źle wpływa na dalszą działalność. „Heavy Hearts” jest tego najlepszym dowodem.FTFD zespół

Dziesięć premierowych kompozycji niczym nie różni się od back catalogue grupy. Kumam, że trzymanie się konwencji i własnego stylu to coś, za co generalnie przyznaje się punkty, ale tylko do pewnego momentu. Nie chcę, żeby nagle porzucili swoje specyficzne brzmienie, groove i melodie, ale liczę na to, że jeśli nie teraz, to przy okazji następnego albumu, zrezygnują z tych debilnych breakdownów, może nawet dorzucą kilka dodatkowych przebojowych refrenów („Smelling Salt” !!), a najbardziej życzyłbym sobie, aby pojawiły się solówki – choćby okazyjne. Wiem, że Jim Hocking mógłby w tym temacie sporo namieszać, ale skoro FTFD grają w czwórkę, to temat pozostaje niefortunnie zamknięty. To samo tyczy się kwestii przyjemności z odbioru „Heavy Hearts”; nie ma jej praktycznie wcale, a winą za to obarczam Chada Ruhlinga, drącego się w kółko tak samo bez jakiejkolwiek krzty zapału i pasji.

Bywa.

Grzegorz „Chain” Pindor

Dwa