FLYYING COLOURS – Mindfullness (Club AC30/Island)

I co ja poradzę, że akurat takie płyty pojawiają się na moim biurku… Jasne, pojawia się też wiele innych, ale akurat takie do mnie przemawiają. Australijski kwartet Flyying Colours nie ma jeszcze bogatego dorobku, ot jakieś demówki i opisywany tu debiut, ale jest to debiut na autentycznie wysokim poziomie. Oczywiście, w kategorii zamglonej, sennej alternatywy.

Historia jest nudna. Szkolni koledzy założyli zespół w 2011 roku, pochodzą z jednej z dzielnic Melbourne – Brunswick, w 2013 pojawił się debiutancki singiel, teraz płyta. I to wszystko. Po drodze zaliczyli trasy z opisywanymi już na naszych łamach, rosyjskim Pinkshinyultrablast oraz A Place To Bury Strangers i zdążyli wypracować własny, bardzo mocno zaznaczony styl. Duże pojęcie dają już zdjęcia – te uwielbienie do zamglonych obrazów, Fenderów Jaguarów z lat 60. i psychodelii. Wszystko jasne? Dla części płyta będzie kolejnym przykładem na niepotrzebne odgrzewanie atmosfery z lat 80, która nigdy nie wróci, dla innych coś mile sentymentalnego, jednak trzeba przyznać, że bardziej od zabawy w skojarzenia (których i tak nie uniknie…) zespół stara się po prostu grać rocka.unspecified

Flyying Colours to kolejna, beznadziejnie zakochana w szugejzie załoga; podobnie jak opisywana niedawno ekipa z Moskwy, tak i Australijczycy dokładnie wiedzą o co w tej zabawie chodzi. Tyle, że stawiają jednak na wyraźnie piosenkowy sznyt, rezygnując częściowo z typowo rozedrganej, sennej atmosfery. Owszem, takowa istnieje w melodyce, prowadzonej przez żeńskie głosy (lekko psychodeliczny „Mellow”), tu jednak wszystko jest podbudowane bardzo sprawnie, choć oszczędnie grającą sekcją. Zespół stroni też od typowego dla takiej muzyki, ładunku elektronicznej przędzy, skupiając się jedynie na gitarowych efektach. Ważne jest za to brzmienie – ustawione idealnie, miękkie, bardzo brytyjskie, kierujące myśli w stronę indie rockowego środka. Największą zaletą tej płyty jest wyciąganie z szugejzowego kociołka najfajniejszych elementów i nawet jeśli gdzieś słyszymy My Bloody Valentine i parę innych, mniej lub bardziej znanych składów, to Flyying Colours robią to w miarę indywidualnie. Czasami trafi się nawet błysk geniuszu (świetny, przebojowy „Long Holiday” czy lepiący się do ucha i rozszalały „1987”), potrafią porządnie ponojzować („This Is What You Wanted”), a czasami nazbyt dosłownie traktują fascynacje sprzed lat („When”), zawsze dostarczają dobrej, niebanalnej rozrywki. Choć skierowanej raczej do fanów gatunku, który nie wiedzieć czemu odżył i został przez dziennikarzy ponownie pogrzebany.

Arek Lerch

Cztery i pół