FLORENCE + THE MACHINE – How Big, How Blue, How Beautiful (Island/Universal)

Współczesna muzyka rozrywkowa ma wiele imion i jeśli ktoś twierdzi, że można znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich ścieżek wydeptanych przez rządnych sukcesu artystów, jest głupi. Można za to przyjrzeć się poszczególnym odłamom co bardziej popularnych nurtów w światowej rozrywce. Np. indie popowej scenie, której jedną z największych gwiazd jest dzisiaj niepozorna, ruda pani Florence, występująca zazwyczaj razem ze swoją Maszyną.

O lekkim indie rocku, flirtującym namiętnie z popem powiedziano już chyba wszystko, a jednak kiedy parę lat temu na scenie pojawiła się Florence Welch, okazało się, że można tej muzyce dać całkiem świeży rumieniec. Jasne, trudno w tym momencie twierdzić, że rudowłosa nimfa wymyśliła cokolwiek nowego. Bo tak nie jest, a jednak jej muzyka może się podobać, bo w sensowny sposób łączy rozrywkę, przebojowość z tak pożądanym przez masy poczuciem obcowania z czymś oryginalnym, ba, alternatywnym nawet. Dzięki jej muzyce miłośnicy rocka mogą poczuć się rozgrzeszeni ze słuchania płyt artystki bo są one wystarczająco hałaśliwe, zaś ci, co chcą jedynie taniej rozrywki – też ją dostaną. Florence jest pilną obserwatorką, która potrafi w wyrachowany sposób korzystać z dokonań innych, ale w taki sposób, że nie ma szans, by zarzucić jej chamską zżynę. W ten sposób docieramy do sedna. Czyli z czego też takie danie zostało upichcone? Składników jest co najmniej kilka i postaram się je wyodrębnić na podstawie najnowszej, trzeciej i jednocześnie najbliższej rocka płyty. FATM photo

Przede wszystkim, wraca Florence w ramiona mocno gitarowego grania, bo taki też jest klimat tej płyty, w odróżnieniu chociażby od „Ceremonials”. Pomijam w tym momencie konia pociągowego płyty w postaci „Ship to Wreck”, który od paru tygodni atakuje z każdego głośnika i stacji radiowej. Florence jest sprytną niewiastą, bo wie, że nic tak nie napędzi sprzedaży jak kilka dobrych powerplayów. Oprócz wspomnianego wałka mamy zatem jeszcze równie chwytliwy „What Kind of Man”, choć potencjalnych hitów jest tu zapewne więcej (stawiam na „Third Eye” jako kolejnego radiołamacza…). Skoro odbębniliśmy powinności względem radia, czas pogrzebać. Głównie w latach 60. i 70. bo tam Florence znajduje sporo inspiracji dla swojej twórczości. Szczególnie druga połowa płyty to zabawa konwencjami. Unosi się tu duch psychodelicznego rocka („Long&Lost”), pstrokate suknie i kwiaty przesuwają się przed oczami a w powietrzu unosi się zapach wiadomo czego, tuż obok stylowe retro („Caught”) wita się ze zwiewnymi balladami. Warto zwrócić uwagę na instrumentacje, bo towarzyszący pani Welch muzycy znają swój fach i wiedzą jak ze zwykłego akompaniamentu wycisnąć coś więcej. Z małych zaskoczeń można przytoczyć użycie instrumentów dętych w songu tytułowym czy lekko nowofalową manierę w „Queen of Peace”. Rzecz jasna – nie znajdziemy tu nic, czego w ostatnich latach nie przetrawiono setki razy. Nie ma odkryć, jest co najwyżej zabawa ze stylizacją, trudno jednak oczekiwać, że Florence + The Machine nagle zapragną stać się zbawcami światowej rozrywki. Zresztą, przez niektórych i tak są za takowych uważani.

Przy okazji tej płyty pojawiają się nagminne jęki, że Florence zapatrzyła się zbytnio na stadiony i poziom bombastyczności nagrań przekroczył dopuszczalne normy. Cóż… Może i tak, choć płyty słucha się przyjemnie także w domowym zaciszu. Nawet jeśli nie jest to danie wysokokaloryczne a jedynie fast food. Malkontentom przypominam w tym momencie, że sami często po kryjomu do takich przybytków się udają. Po co ściemniać?

Arek Lerch

Cztery