FLESHGOD APOCALYPSE – King (Nuclear Blast)

Symfoniczny death metal doczekał się znacznie mniejszej rzeszy wykonawców, niż jego black metalowy odpowiednik. Może dlatego, że gothenburgowe melodie są wystarczająco mało metalowe, by na domiar rozmiękczać jej jeszcze elementami symfonicznymi, a true death metal z kolei nie łączy się zbyt dobrze z czymkolwiek poza czarnymi dziurami w kosmosie. Poszukując jakości i unikając przesadnej bufonady trafiam na czwarty album Fleshgod Apocalypse.

Fleshgod Apocalypse gra nadal technicznie i symfonicznie, lecz do ich techniczno-melodyjnej mielonki wkradło się nieco więcej porządku i królewskiego dostojeństwa. Słuchając promującego album frywolnego baroku w „The Fool” i poważnego metalowego dźgania z drugiej strony, otrzymuję coś na czym mogę nieustannie zawieszać ucho, dawać upust mojej słabości do muzyki poważnej i jednocześnie usprawiedliwiać się obecnością nośnej, metalowej młócki. Chciałoby się wprawdzie, żeby zespół czasami poszedł na całość i uraczył nas czymś co jest na wskroś death metalowe (czytaj: prymitywne i wulgarne), ale patrząc na bądź co bądź nowoczesny sznyt materiału i rodowód zespołu, zakłóciłoby to „rozrywkowy” charakter albumu. Fleshgod Apocalypse wybiera inne rozwiązania, wiedząc, że death metal to co najwartościowsze stracił dawno temu i przywracanie mu blasku należy zostawić tym co lubią balsamować zwłoki. Zespół zostawia świat umarłych, brzmiąc wręcz nadludzko, jakby wygenerowanie tych dźwięków przekraczało możliwości żyjących. To ostatnie można powiedzieć także o słuchaczach, gdy zastanie ich „Paramour (Die Leidenschaft Bringt Leiden)” – utwór rozpisany wyłącznie na kobiecy głos operowy i fortepian, któremu będziecie towarzyszyć w oczekiwaniu na koniec jęków wokalistki i początek odsieczy rzeźni, która nie nadchodzi. Odważne to zagranie, które po spełnieniu swojej roli zaskakiwacza podzieli los wszystkich intr i outr na świecie. Podobne akty szaleństwa objawiają się narracjami z Juliusza Cezara i opętanymi wokalizami przywodzącymi na myśl wysokie zaśpiewy Heri Joensen’a z Tyr.FA

Są i potężne orkiestracje, które zamiast rozmiękczać muzykę, nadają jej mocy i nośności. Ów symfoniczny obsztalunek, którego trzymają się Włosi od początku swojej kariery, wreszcie uzyskał na „King” pełniejszy wymiar i przede wszystkim właściwe uzasadnienie swojego istnienia. Podobnie jak uczynił to fusion-progowy Counter-World Experience na „Music For The Kings”, Fleshgod Apocalypse wprost usprawiedliwił obecność na płycie tak pokaźnej ilości muzyki poważnej. Portret z pocztu królów świetnie komponuje się z fragmentami muzyki klasycznej i opowieścią o niezłomnym władcy. Fleshgod – pozornie czy faktycznie – staje się czymś więcej niż death metalową bandą z aspiracjami muzycznymi i historiozoficzną gadką. Może to sam przedmiot jego zainteresowania (mechanizm władzy vs wewnętrzna siła jednostki) sprawia, że traci on przyziemność właściwą death metalowym kapelom czczącym Cthulhu albo usypującymi mandale, uzyskując wzniosłość zarezerwowaną dla orkiestr symfonicznych.

„King” to potwierdzenie, że można w pobliżu death metalu zrobić coś ciekawego i autentycznego, sięgając daleko poza jego estetykę. Czy to death metal czy to jest kochanie – parafrazując Grechutę, zupełnie mnie nie interesuje. Po prostu bawmy się tą (nie)poważną muzyką i zobaczmy co z tego wyniknie.

Kuba Kolan

Cztery i pół