FKA twigs – LP 1 (XL Recordings/Sonic)

Dziennikarski subiektywizm prowokuje by każdą, opisywaną płytę skategoryzować pod hasłem „jedna z naj…” itp. Potem następują już tylko konfiguracje słów, które mają zadanie opisać zachwyt czy też obrzydzenie żurnalisty. Kontynuując takową, świetlaną tradycję muzycznego gryzipiórstwa, tytułuję opisywaną tu płytę „najzimniejszym wśród emocjonalnych dokonań 2014”, albo lepiej „soulowym soplem lodu na samplowanych resorach”.

Żeby zrozumieć fenomen FKA twigs, musimy wrócić do pierwszej połowy lat 90 – tych, kiedy z mariażu soulu, hip hopu i elektroniki wydestylowano kompletnie nowy, dźwiękowy amalgamat, zwany trip-hopem. Przez jakiś czas takie nazwy jak Tricky, Portishead czy Morcheeba budziły spore zainteresowanie, jednak już w drugiej połowie wspomnianej dekady owi wykonawcy poszli w odstawkę. Dzisiaj, podobnie jak z wieloma innymi, muzycznymi mini – rewolucjami, także trip – hop powraca do łask, choć raczej jest teraz podziemnym smaczkiem, który tylko nieliczni potrafią docenić. Trzeba też przyznać, że pojawiają się próby cokolwiek intrygujące, czego przykładem jest młoda, zaledwie 26 – letnia, egzotyczna wokalistka, Tahliah Barnett, skrywająca się pod szyldem FKA twigs, stacjonująca – a jakże – w Londynie. W poszukiwaniach własnego ja próbowała tańczyć, wreszcie odkryła, że ma także talent do śpiewania. Tyle żałosnych historyjek, bo w sumie można je jako szablon przyłożyć do wielu artystów. Na całe szczęście, Thaliah jest na tyle oryginalna i intrygująca w swojej twórczości, że można sobie darować biograficzne wycieczki. Inna sprawa, że nazwanie muzyki znajdującej się na „LP1” trip-hopem jest mocno ryzykowne.

FKA twigs by David Burton (JPEG - DSC_2352D copyf6)

Najważniejszy jest tu głos. Przykuwający uwagę, zimny, pozornie odhumanizowany, beznamiętny, jednak już po paru sekundach rozpalający podskórnym żarem. Thaliah unika dosłowności, delikatnie balansując na granicy szeptu, soulowej wrażliwości, tworząc jednak własny świat, pozornie odizolowany, introwertyczny. Z lodowatym żarem głosu skontrastowano ogólny minimalizm oprawy muzycznej. Początkowo miałem wrażenie, że chodzi o uwypuklenie warstwy wokalnej, jako czynnika najważniejszego, jednak z biegiem czasu doszedłem do wniosku, że te strzępki sampli, szmerów, czy transowej rytmiki są dokładnie przemyślane i tworzą zniewalającą plątaninę dźwięków istotnych nawet w oderwaniu od strony wokalnej. Paradoksem płyty jest to, że przy całej, elektronicznej naturze muzyki, brzmi to wszystko, bardzo… akustycznie i przestrzennie. Choć nie jest to jednocześnie muzyka łatwa i przyjemna. Zamiast bujania główką, trzeba ją otworzyć i pozwolić sączyć się tym zimnym, stonowanym dźwiękom, które stopniowo sparaliżują ciało. Wspomniałem o trip – hopowym tropie; owszem, można takie elementy znaleźć, kierunek jest podobny, jednak poza delikatnym związkami z psychodelicznymi fragmentami twórczości chociażby Tricky’ego, muzyka FKA jest zdecydowanie bardziej oryginalna i nie tak dosłowna, zarówno rytmicznie, jak i klimatycznie. Jeśli szukacie wrażliwych, wycofanych dźwięków, które wciągają w wewnętrzną pustkę, trafiliście idealnie. Zdecydowanie muzyka kanapowa. Zaprosi wam do domu zimę szybciej niż sama natura.

Arek Lerch 

Zdjęcie: David Burton

Cztery i pół