FIT FOR A KING – Creation/Destruction (Solid State Records)

Swego czasu nad debiutem jeszcze wtedy niezakontraktowanego Fit for a King wzniosłem niejeden szczery i zasłużony pean. Wieść o premierze kolejnego albumu tej formacji ucieszyła mnie, bo mając na uwadze jakość i poziom kreatywności debiutu, oczekiwałem naprawdę bardzo dobrego, wyrastającego ponad przeciętność wydawnictwa.


A tu proszę, panowie zrobili mi psikusa i nagrali do bólu wtórny, nudny i nędzny album, który nie jest nawet kontynuacją tego, czym kupili mnie dwa lata temu. Jak na złość zatrzymali się w miejscu i tłuką breakdown za breakdownem dla Pana Boga. Nadal uważam, że frontman Fit for a King i akompaniująca mu sekcja rytmiczna to ścisła czołówka gatunku, ale za każdym razem, kiedy skupiam się na grze dwójki gitarzystów, którzy niespecjalnie lubią okraszać swoje utwory partiami solowymi, dochodzę do konstatacji, że na dobre słowo to oni nie zasługują. Może innym razem, kiedy świadomie zadecyduję o tym, że w dupie będę miał brak oryginalności i skupię się wyłącznie na koncertowym aspekcie utworów. Bo, tego akurat Fit for a King nie odmówię. Literalnie każdy z songów zawartych na „Creation/Destruction” z pewnością będzie niszczył na koncertach, a biorąc pod uwagę, że tego typu kapele zawsze (!) mają swojego akustyka, obstawiam, że Fit for a King nie bierze jeńców.

Co z tego, że prędzej czy później łapiemy się na tym, że jedyne, co zapamiętujemy z tego albumu, to ściana dźwięku w trakcie break downów i okazyjne, czyste wokale. Dobrze, że śpiew jest tu dodatkiem, bo jeszcze jest dla nich nadzieja i być może, z jedenastki kompozycji, po czasie, pojawi się utwór, który wyrośnie na hit a’la „Ancient Waters” z poprzedniego albumu. Szansę na to ma mój cichy faworyt „Broken Fame” oraz następny w trackliście, bardzo mocno groove metalowy „Bitter End”.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy