FISZ EMADE TWORZYWO – Drony (Agora)

Trochę się ta płyta naczekała, by w końcu, po czasie, pojawić się na naszych łamach. Musiała się pojawić, bo to przecież pewnie najlepsze, ale też i najbardziej kontrowersyjne dzieło Fisza i Emade. Płyta, którą wyraźnie zaznaczają, że scena hip-hopowa jest tylko częścią – i to coraz mniejszą – terytorium muzycznego, na którym od lat operują. Właśnie to ograniczenie hip-hopu na rzecz piosenki wzbudziło tu i ówdzie opór, choć przecież od dawna Fisz dawał sygnały, że typowm szczekaniem jest zmęczony. Może jedynie radykalizm, bo takiego słowa nie waham sie użyć – kroku, jaki wykonał na „Dronach” może zaskakiwać. Z hip-hopu pozostał sposób budowania kompozycji, opierajacy sie na pętlach (świetne instrumentacje i podkłady Emade), stąd też może i pewna monotonia tych piosenek, do których trzeba się przyzwyczaić, co w gruncie rzeczy nie jest trudne. Muzyka hipnotyzuje, płynie sobie leniwie, prezentując chyba najlepiej naturę Fisza – lekko refleksyjną, nieco wycofaną, chowającą się za ścianą, tak by uciec od pędzącego świata. Takie są też i teksty – niedopowiedziane, może ciut irytujące, jednak dobrze oddają zagubienie w tym codziennym zgiełku. Hip-hopowa rubaszność nigdy Fisza nie interesowała, ale dopiero teraz, kiedy de facto zwrócił się w stronę bardziej konwencjonalnej piosenki, widzać to intelektualne zacięcie, coraz bardziej zbieżne z Waglewskim seniorem. Historia zatacza koło, a ja bardzo przyjemnie nudzę się słuchając „Dronów”. Kto wie, w jaką stronę pójdzie lepienie dźwięków…

Grzegorz: Męczysz o tego Fisza tak długo, i zastanawiam się, kurde, bo nie raz mówiłeś, że Tobie marzy się pop, subtelna elektronika, że to co dzieje się w naszym niezalu, z Waglewskimi włącznie jest ci strasznie bliskie. No i widzisz, trochę mi się to z Tobą gryzie. Tym bardziej, że ostatnio gadamy o kompletnie innej muzyce…

Arek: Męczę o Fisza, bo mam wrażenie, że to dla Bartosza ważny album. Coś w rodzaju przełomu, punktu, w którym wszystko się zmienia. Pożegnanie starego i początek nowego okresu w życiu. Coś w stylu: „do wiedzenia hip-hopie”. Nie uważasz?

Grzegorz: Ja go od dawna nie postrzegam jako twórcę hip-hopowego. Zresztą, hh to przecież całą kultura, a Fisz mi do niej nie pasuje. Jest zbyt eklektyczny i zaFisz Emade bardzo alternatywny. To jeden z niewielu ludzi (raperów/wokalistów/muzyków?), który potrafi jednać słuchaczy z różnych środowisk. Idąc tym tropem, już dawno pożegnał się z hip-hopem.

Arek: Może i tak, jednak ja z kolei uważam, że nie tylko był on częścią hip-hopu, ale nadawał wręcz tej muzyce ludzkiej, inteligentnej twarzy. Bo nie ukrywam, że nic tak mnie nie wkurwiało jak ten polski, zaściankowy gangsteryzm, udawanie maczo i luzaka ze spiętą dupą. No i nieudolny język. Jasne, teraz pojawiło się sporo rzeczy ciekawych, jednak tak dobrych wykonawców jak Fisz to ze świecą szukać.

Grzegorz: Bez przesady, wcale nie nowi zawodnicy ja Eldo czy Zeus nie mówiąc o Lonie, a nawet o Łąkach Łan nadawali temu „gatunkowi”, zupełnie inny, inteligentny i nie rzadko mocno metaforyczny wymiar. To, że teraz zamiast bełkotać jak zachód pod beaty 808-mek raperom bardziej podobają się naturalne brzmienia i żywe instrumenty, nie oznacza, że doszło do rewolucji. Według mnie po prostu wkroczyliśmy – z Fiszem i bez niego – w XXI wiek, bez nadęcia, pychy i pierdolenia i biedzie na osiedlu. To się zwyczajnie nie sprzedaje.

Arek: Bo ja wiem… Obserwując tę scenę – choć fanem i tak nie jestem – nadal widać, że ten chamski rap cieszy się dużym powodzeniem. Pewnie dlatego, żeby młodzieńcy z wiosek mogli sobie podreperować ego. Ale, bez wycieczek. Coś takiego jak inteligentny rap na pewno istnieje i Fisz nie jest jedyny. Ale jako jedyny potrafi/chce wyjść z tego mimo wszystko getta na zupełnie inne poletko. I tu chyba geny zaczynają odgrywać rolę znaczącą…

Grzegorz: Z tymi genami rzeczywiście może coś być na rzeczy. Kurde, sam chciałbym mieć tak utalentowanych synów (śmiech). Wiesz, wydaje mi się, że nadrzędnym celem w życiu muzyka powinien być rozwój, poszukiwanie i tutaj Fisz jest niemal modelowym przykładem takiego, no, spełnionego kolesia, który w dowolnym momencie może wydać album a)rockowy, b)indie c)zabawić się elektroniką albo pograć z bratem dobry hip-hop i wszystko będzie na poziomie. Trochę zazdrość a z drugiej być dobrym we wszystkim, to tak naprawdę w niczym.Fisz Emade

Arek: Wydaje mi się, że z Fiszem nie jest tak, że jest dobry we wszystkim. Myślę, że w duszy pozostaje jednak hip-hopowcem i muzyka paradoksalnie nadal budowana jest jak hip-hop, za pomocą zapętlających się sekwencji. Zachowuje taki charakter, jedynie kwestie wokalne są popchnięte w inną stronę. Zatem, słuchając tej płyty, nadal uważam, że mam do czynienia z hip-hpowocem, który odkrył piosenkę. A to w sumie nadal wąska działka. Owszem, był zespół Kim Nowak, jest kolaboracja z Waglewskim seniorem, ale… paradoksalnie, Fisz ciągle robi to samo. I jego brat też ciągle robi to samo. Nie sądzę, żeby „Drony” wyszły jakoś daleko poza krąg dotychczasowych wielbicieli talentu Waglewskich. Jednocześnie znajduję też rzecz, która mi się w tym wszystkim najbardziej podoba – współpraca seniora Wagla z synami jest wręcz modelowym przykładem męskiej przyjaźni, bez dawania forów, bez wykorzystywania nazwiska. Grając razem zachowują się jak muzycy a nie rodzina i wychodzi z tego sztos. Żadnym innym rodzinnym układom nie udało się zachować takiego dystansu bez łapania lekkiego skurwienia, że tak wulgarnie to ujmę…

Grzegorz: A jest coś, co ci się nie podoba?

Arek: W „Dronach”? W zasadzie trafiają mnie w punkt, muszę to przyznać. Jasne, nie jestem głuchy i słyszę, że Fisz nie jest jakimś oszałamiającym wokalistą ze skalą pozwalającą na dzikie harce. Momentami trochę brakuje mu barwy, ale mam wrażenie, że zdaje sobie z tego sprawę i nie szarżuje – jest doświadczonym muzykiem i wie, że jak w studiu coś podrasuje to na koncercie będzie miał problem. Może czasami metafory i to tzw. „rozczarowanie” światem wypada zbyt, że tak to ujmę „welkomiejsko” (hipstersko?) i nie dotrze do – i tu pojadę modnym frazesem – „ełkowców” (wiesz co mam na myśli?)… Fisz pozostaje w tym przypadku człowiekiem miasta. Hip-hopowcem w duszy, zakochanym w zgiełku i udającym, że jest tym rozczarowany. Ale jeśli traktować to jako tzw kreację artystyczną, nie mam problemu. Zaś sama muzyka – idealnie. Jasne, że jest tu i ówdzie trochę smęcenia, ale ogólnie wyszło na piątkę. Z malutkim minusem…

Grzegorz: Twój polski album minionego roku?

Arek: No to uderzyłeś… Nie wiem… Aż tak to nowatorskie nie jest. Nie pierwszy Fisz nawrócił się ze szczekania na piosenkę. Niewątpliwie jest to  jedna z lepszych, alternatywnych płyt minionego roku. A na pewno najlepsza jaką słyszałem w wydaniu braci Waglewskich. Lubię tą ich blazę i dystans. Takie zamglone spojrzenie na rzeczywistość. Powiedzmy, że jest to jedna z kilku najlepszych płyt minionego roku. Ale, jak już kiedyś pisałem – zbadam ją za dwa lata – przypomnę sobie najciekawsze krążki 2016 roku i zobaczę, który z nich wytrzymał a które wyblakły. Mam nadzieję, że „Dronów” w tej drugiej grupie nie będzie.

Rozmawiali Grzegorz Pindor i Arek Lerch