FIREBALL – Running on the Edge

Trzeba przyznać, że niezwykle nielubiany przez ortodoksów metalcore ma się u nas coraz lepiej, czego dowodem są nagrania m.in. April in Pieces czy Mentally Blind. Czołówka jednak nie śpi i kontroluje co się dzieje na własnym poletku, tylko wydaje mi się, że pabianicki Fireball jakby celowo przeoczono. Panowie w miarę regularnie koncertują, jak dotąd nie wypuścili słabego nawet jak na nasze dość biedne warunki materiału, a poza tym, co często ma miejsce w przypadku krajowych ekip, nie mają wysokiego mniemania o sobie. Mało tego, mimo, iż obecny kierunek rozwoju grupy nijak mi nie leży, formacja bardzo mocno spogląda na daleki zachód i gwarantuję, że gdyby byli z mniej zaściankowego państwa, pewnie dostaliby swoją szansę na zaistnienie na szeroko pojętym rynku.

Wydana pod koniec ubiegłego roku ep-ka „Running on the Edge” (tym razem) prezentuje mocno melodyjne oblicze zespołu. Pabianicka załoga niespecjalnie ogląda się na eksperymenty kolegów z nu-metalem, a tym bardziej djentem, robiąc swoje w sposób nie tak oczywisty jak mogłoby się wydawać. Kwintet spokojnie mógłby podać sobie rękę z Attack Attack i im podobnymi, czego zdecydowanie nie należy traktować jako obelgę. Nośność materiału tworzącego ep-kę oraz dystans z jakim skomponowano tych sześć utworów działa w dwójnasób. Otóż odejście od stricte brutalnej formuły znanej z poprzedniego longplaya na rzecz odważnego wkroczenia w świat podlanego elektroniką post-hardcore’a budzić może podziw – bo wciąż jest to jak na nasz kraj granie świeże – ale z drugiej, dla tych, którzy w core’owej zabawie wyszli poza schemat szwedzka melodyka, breakdown i chwytanie za serce ładnym (w przypadku Fireball dobrze zaśpiewanym) refrenem, będzie to potwarz i policzek, zwłaszcza, że zespół ma mocne podwaliny pod to, aby grać znacznie bardziej połamane, techniczne dźwięki (przykład trącący mocno In Flames’owym klimatem „Cycles of Blinking Lights”).Fireball

We wstępie pisałem, że nowy opus Fireball, a raczej stylistyka, w obrębie której panowie się poruszają, nie jest mi obecnie bliska. Nie ukrywam, że gdybym usłyszał taki materiał z sześć lat temu, w dodatku, polskiego zespołu, pewnie dziś biłbym się w pierś i bronił kapeli gdzie się da. Obecnie pozostaję biernym obserwatorem i doceniam wkład Fireball w rozwój krajowej sceny, a ponadto, stwierdzam, że „Running on the Edge”, niezależnie czy wali po pysku blastem czy cieszy ucho naprawdę bardzo przyzwoitą pracą gitar, jest idealnym materiałem dla młodszych słuchaczy świadomie wkraczających w świat nowoczesnego metalu z własnego podwórka.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy