FIREBALL – Neither Beginning Nor End

Zwlekałem z recenzją tego albumu i chyba był to błąd. Co prawda takie granie od jakiegoś czasu nie do końca mnie rusza, ale jak na polski zespół, muszę przyznać, że Fireball bardzo zaskoczyło mnie poziomem. Bardzo, bardzo ponad przeciętną.

A jest to zasługa przede wszystkim perkusisty, trzonu rytmicznego zespołu, który w sieci znany jest dzięki coverom dubstepowych artystów, zaskakującym i zagranym z zajebistym polotem solówkom, ale przede wszystkim, co w tej muzie w dodatku u nas (wyjątków jest raptem kilka) zawsze kulało, wokalisty, który zarówno krzyczy na poziomie, jak i – właśnie o to chodzi – jakkolwiek by to nie zabrzmiało, ŁADNIE śpiewa. Jasna cholera, jak na band, który kiedyś skreśliłem, gdyż nie wyróżniał się muzycznie, teraz swoje malkontenctwo muszę schować do kieszeni.

Na debiut Fireball składa się jedenaście utworów zbliżonych stylistycznie do Killswich Engage, ale nie odbiegających od niemieckiego metalcore’a a’la Caliban, co akurat w tym jednym, osobliwym przypadku jest zaletą. Podoba mi się ogólna motoryka utworów, to, że panowie nie młócą breakdown za breakdownem, co ewidentnie działa na korzyść gitarzystów, którzy mają co pokazać. Podoba mi się też, choć może to być źle zrozumiane, taka cukierkowa przebojowość. Jedyne, co nie do końca mi „siedzi” w tej muzyce, a co jest tylko jednym z aspektów samego brzmienia – to sound werbla. Wydaje się być nieco płaski, ale żaden sposób nie niweluje to bardzo pozytywnego odbioru tego materiału.

Sprawdźcie „Truth And Traitor” oraz „Confession” (do osłuchu na profilu bandcamp zespołu). Następnie, mówiąc młodzieżowo, zalajkujcie zarówno profil kapeli na portalu facebook jak i realizatora i producenta tego albumu, znanego z Drown My Day – Maćka Zvisha. Długo nie śledziłem jego poczynań w tej materii i był to błąd. Czapki z głów. Czekam na więcej. Od Fireball oczywiście.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy i pół