FINAL SACRIFICE – Follow

W tym roku dwa zespoły z pogranicza metalu i core’a sprawiły mi wielką niespodziankę. Numer jeden to mocno chrześcijańska formacja Zeal, numer dwa, to – jeśli mnie pamięć nie myli, Scylla. Do tego grona, choć już niespecjalnie ruszają mnie takie dźwięki, dołączają poznaniacy z Final Sacrifice.

Jeden z najdłużej działających zespołów parających się deathcore’ową młócką pracuje wolno, ale pieczołowicie. Domyślam się, że panowie m.in. uświadomili sobie, iż parcie na sukces i splendor mogą śmiało porzucić, z racji na zbyt dużą ilość takich formacji na rynku, a poza tym, ze względu na przesyt jaki obserwujemy. I słusznie. Lepiej grać mniej, a lepsze koncerty i to samo tyczy się wypuszczania na świat nowych rzeczy. Jest jeszcze inna sprawa – ślimacze tempo pracy Final Sacrifice najprawdopodobniej podyktowane jest prozaicznym brakiem czasu niźli czystą kalkulacją i dbałością o sam produkt. Panowie tworzący ten zespół to nie takie młodzieniaszki. Najpierw liczy się day job – a potem przyjemności.

Czy „Follow” można rozpatrywać właśnie w tej kategorii? Guilty pleasure dla fanów deathcore’a? Chyba tak. Poznaniacy przeszli ciekawą drogę, w trakcie której wykształtował się przede wszystkim charakterystyczny styl gry gitarzystów (z naciskiem na sola) oraz zwiększył nacisk na aspekty techniczne. Ten ostatni kawałek muzycznej układanki cieszy mnie najbardziej, choć uważam, że materiał zawarty na „Follow” można było bardziej pogmatwać, dodać więcej dynamiki (cała ep – ka, niestety, jest zbyt na jedno kopyto), a co najważniejsze – wrzucić więcej nigdy nie nudzących się blastów zamiast breakdownów . Mimo to, poziom zaprezentowany na „Follow” jest zdumiewająco wysoki (zasługa m.in. brzmienia).

Niestety, zasadniczą wadą tego wydawnictwa są wokale. Wystarczy porównać głos Szyny sprzed 2 lat (ep – „Aspiratons & Endeavours”) z „Follow” by zobaczyć drastyczną zmianę. Może jestem nieco sentymentalny, ale tęsknię za wysokimi screamami – a może za screamami w ogóle? Jednostajny growl męczy. Żałuję, że zarówno cleany jak i gang shouts to tylko dodatki balansujące „wyziew”. Akurat okazyjny śpiew zaskoczył mnie najmilej i chciałbym aby w przyszłości, o ile kapela się nie rozpadnie, ten element stał się integralna częścią Final Sacrifice.

Poza tym, in plus zaliczam przyłożenie się do groove’u utworów („Counting Steps” numerem jeden całej płytki, posłuchajcie basu!) oraz nacisk na melodie. W ostatecznym rozrachunku „Follow” słucha się z – jak już wspominałem wyżej – przyjemnością, której taka wizja core’owego łojenia dawno mi nie dostarczyła. Do pierwszej ligi wciąż daleko, ale świadomość własnych umiejętności i konsekwencja z jaką działa ten kwintet czyni z nich czarnego konia, z którym należy się liczyć.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery