FIGHT AMP –  Birth Control (Translation Loss)

Fight Amp to jeden z tych zespołów, które do końca nie są pewne kierunku, w jakim podążają. Nie ma to jednak nic wspólnego z tzw. muzycznym eklektyzmem. Chodzi raczej o to, czy grupa chce grać hardcore z noise’owym rezonansem, czy raczej rasowy noise z hardcore’ową siłą. Tak czy inaczej, najnowszego dzieła, następcy „Manners And Praise” i „Hungry For Nothing” warto posłuchać, bo to kawał współczesnego, lekko hałaśliwego grania z ambicjami.

 

 

Trio z New Jersey porusza się w podobnym rejonie co kanadyjski KEN mode. Łączy ostrego rocka (niektóre tempa) z hardcore’ową furią i noise’owymi pomysłami aranżacyjnymi. W obrębie nowej płyty co i rusz zmienia środek ciężkości, testując bardzo różne warianty okładania słuchacza. Na szczęście, dzięki temu, muzyka nie ma prawa się znudzić, choć czasami, szczególnie pod koniec płyty doskwiera mi nieco ów brak zdecydowania. Dlatego też nie ukrywam, że najciekawsze fragmenty płyty to te, gdzie zespół decyduje się na bliższy romans ze zdobyczami ekipy Davida Yow. Np. w siedmiominutowym „I Am The Corpse”, gdzie zbliża się maksymalnie do lizardowej szkoły tłumionego riffu i podobnej motoryki, czy klasycznie zbudowanym noise rocku „Creepy Kicks”.  Równie ciekawie wypada „Goner” ze względu na nieco monotonny, ponury drive, po linii tych wolniejszych perełek dark hardcore’a.

Na szczęście, nawet w tych miejscach, kiedy błądzą po meandrach niezdecydowania, potrafią być bardzo stylowi, szczególnie, kiedy do głosu dochodzi ten, jak to nazywam „buldożer”, będący konglomeratem niskich riffów i charczącego, zaflegmionego basu. Denerwuje mnie za to, że wielu miejscach riffy są zbyt „normalne”, rockowe właśnie i jedynie niekiedy łapią chorą przestrzeń a la Duane Denison (np. w trzeciej minucie „Shallow Grave”). Zespół potrafi sprawnie aranżować piosenki, gra z dużym ogniem, który jedynie czasami jest niweczony przez nie do końca adekwatne brzmienie (szczególnie pstrykająca stopa może wkurzyć…), jednak udaje mu się uniknąć ewidentnych wtop.

Być może właśnie to ślizganie się po granicy noise i hardcore’a powoduje, że  nie do końca pozytywnie odbieram „Birth Control”. Za mało tu poszukiwań, żeby nazwać muzykę Fight Amp eklektyczną a za dużo wyraźnych obietnic, które czasami każą się obejść smakiem za tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby muzycy byli nieco odważniejsi. Co nie zmienia faktu, że to sympatyczny kawał hałasu dla tych, którzy swego czasu nie przyjęli komunii pt. „GOAT”…

 

Arek Lerch