FEWS – Means (Play It Again Sam)

Brudne ulice, strychy, piwnice. I szare, ceglane ściany, na tle których pozuje zespół FEWS. Wygląda to jak klisza z Nowego Jorku, gdzie obskurne mury nie raz były już „ścianką” dla sfrustrowanych artystów. Tyle, że Fews sfrustrowani raczej nie są, lubią wódkę, nie mieszkają w Nowym Jorku, tylko w Londynie. A w 3/4 pochodzą ze Szwecji. Z tym, że zespół założył… Amerykanin Fred (wokale/gitara), który do Skandynawii przywędrował z San Francisco. Wszystko jasne? Idą internacjonalni młodzi i nikt nim nie przeszkodzi.

Fews mają wszystko co potrzebne jest do zrobienia kariery. Nie ograniczają ich granice i kiedy uznali, że w Szwecji jest za dużo nudnych zespołów, przenieśli się do Londynu. Są wystarczająco aroganccy, by dość jednoznacznie wypowiadać się na temat branży, mają w sobie sporo determinacji, popartej w dużym stopniu talentem i wydaje ich kultowa wytwórnia. Nie doszedłem jedynie do tego, czy również razem mieszkają, choć taka komuna dobrze do tego obrazu pasuje. Zatem – mieszkają razem (a co mi tam…), chleją wódkę i grają koncerty. A co grają? Garage/indie rockowe, żwawe szlagiery. Brudne, zadziorne i mające w sobie tą przyjemną, młodzieńczą świeżość. Niby nic oryginalnego na tej płycie nie znalazłem, chłopacy niespecjalnie też przejmują się aranżacjami i w tej niewymuszonej, punkowej pozie są chyba autentyczni. Chyba, bo takich historii było już przecież wiele…FEWS bandNa razie na pewno dobrze się bawią, o czym świadczy szczególnie pierwsza część płyty. Dynamiczna, prosta pukanka perkusji, średnie, choć motoryczne tempa i ten charakterystyczny, brzmiący niczym skarga, głos („I.D.”, „Drinking Games”…). Punk zmieszany z surowym, archetypicznym indie, szczypta sonikowych dysonansów, balansowanie na granicy fałszu, brud i chaos. No i dbanie o to, żeby nie przekombinować. Pewnie dlatego druga część „Means” bardziej zwraca uwagę. Może zespół umieścił na płycie muzykę w chronologicznej kolejności, a jeśli tak to ostatnie kawałki mogą być drogowskazem na przyszłość. Punkujący „100 Goosebumbs” opatrzony został leniwym, zamglonym wokalem, który zmienia charakter utworu, w „Keep on Telling Myself” mamy już wyraźne skłonności w stronę shoegaze’ingu (ech, te pogłosy…), noise’owe opiłki okraszają „If Things Go On Like This”, zaś największe zaskoczenie fundują w finale.  „Ill” to zdecydowanie coś, co może przyjemnie połechtać. Długi, ośmiominutowy song, oparty na syntetycznie brzmiącym bicie; mechaniczna podstawa kieruje myśli w stronę elektro, ale zagęszczające się szumy i zgrzyty, przechodzące w końcowy, swobodny lot, ustawiają zespół po stronie najlepszych załóg z NY, z A Place To Bury Strangers na czele. Najlepsza kompozycja na płycie i choć mam wrażenie, że zespół nagrał ją i umieścił na płycie dla zgrywy, taki kierunek jak najbardziej mi odpowiada.

Fews niczego nie odkryli, przynajmniej w kontekście tego biznesu, zastanawiam się tylko, czy radocha, jaką słychać na krążku (koniecznie winylowym…), jest dobrze wykreowanym wizerunkiem, czy faktycznie satysfakcją płynącą z odkrywania dla siebie starej, dobrej alternatywy. Pewne jest jedynie, że zespół omija – przynajmniej na razie – meandry eksperymentowania, z flaszką w ręku przemierzając zapyziałe kluby Europy i nie tylko. Miejmy nadzieję, że jak już się wyszaleją, to utwory w stylu „Ill” nie będą li tylko żarcikiem, serwowanym ku uciesze publiczności.

Arek Lerch

Zdjęcie: Elke Nominikat

Cztery