FETO IN FETUS – From Blessing to Violence (Selfmadegod)

Czy świat potrzebuje wyłącznie wybitnych płyt? Oczywiście nie, zwłaszcza w tych okrzepłych gatunkach, które dawno dojrzały i potrzeba im tylko suplementacji diety. Nie chodzi wyłącznie o złapanie punktu odniesienia do wychwytywania prawdziwych „wywracaczy stołu”, po prostu słuchanie muzyki to zajęcie w dużej mierze rekreacyjne. Czasem wystarczy twór do cna gatunkowy, który po prostu dowiezie np. solidnie skomponowany i zagrany death/grind, w który wchodzimy jak w ulubione kapcie.

To, co gra Feto in Fetus nigdy nie było moją ulubioną odmianą death metalu, ale przyjemnie kojarzy mi się z latami świetności tej którejś-tam-z-kolei fali gatunku, którą odpalił bodajże Dying Fetus pospołu z Hate Eternal. Silnie nasiąknięte grindcore’owym duchem, zespół łapie sam kompozycyjny konkret, zamykając się w 18 utworach i 33 minutach. Na „From Blessing to Violence” jest sporo groove’u i chwytliwości rodem z Misery Index, umiarkowana dawka blastomanii a’la Aborted, brutalistyczne zacięcie poreaktywacyjnej ery Suffocation i siła Gorerotted, zanim ten stał się innym, dużo gorszym zespołem. Absolutnie wszystko, co mieści się na trzecim pełnoczasowym albumie Feto in Fetus jest stuprocentowo death/grindowe, ograne milion razy wcześniej i przewidywalne w najlepszym sensie. Mamy dwa przekrzykujące się wokale, ten świński i ten sroczy. Jest miarowo terkocząca centralkami, podciągnięta w miksie perkusja. Są krótkie, solidnie napisane numery, które nie zlewają się w papkę ultra-brutalnego hałasu. Jest wreszcie przyjemność ze słuchania czegoś, co może nie przewróci na lewą stronę mojego rocznego podsumowania, ale działa bardzo odprężająco, bo „From Blessing to Violence” odbieram jako muzykę relaksacyjną, która wiezie mnie w świat znany, przyjemnie energetyczny, niewymagający wysiłku i bez tanich chwytów odwołujący się do moich sentymentów. A je też czasem trzeba dokarmić.Band

Zdarza mi się kręcić nosem na to, co w ostatnich latach wydaje Selfmadegod, gdzie na każdy strzał Antigamy, Encoffination czy Ketha przypada jeden średniak ze sztancy. Feto in Fetus pozwala mi lepiej zrozumieć tę „zachowawczą” linię Karolowych wydawnictw, adresowanych do tych, którym potrzeba po prostu regularnej transfuzji ich ulubionej muzyki w wersji deluxe. Najgorszym grzechem, jaki mógłby popełnić Feto in Fetus, byłoby bycie nudnym. A są po prostu dobrym zespołem deathmetalowym, tylko tyle i aż tyle, a zasadnicze pytanie brzmi, jakie jest twoje, czytelniku, zapotrzebowanie na taką muzykę. Jeśli jest odczuwalne, a przy tym wykracza poza „łeee, kiedyś to było”, wówczas „From Blessing to Violence” polecam szczerze.

Bartosz Cieślak

Cztery