FEED HER TO THE SHARKS – Savage Seas (Outerloop Management)

Australijczycy z Feed Her To The Sharks niedługo po wydaniu swojego debiutanckiego albumu stali się jednym z czołowych, stricte metalcore’owych aktów na Antypodach. Słusznie, bo tamten album wniósł nieco świeżości do coraz bardziej romansującej z post-hc sceny, i pokazał, że bardziej tradycyjna odsłona tego gatunku może nadal robić przysłowiową „robotę”.

Dziś, nieco ponad trzy lata od premiery tamtego wydawnictwa, panowie wydają na świat nowe dziecko. Bliźniaczo podobne do debiutu, urozmaicone tylko, bądź aż potężną ilością elektroniki z dubstepowymi wooblami i bass dropami włącznie, ale nie jest to coś, za co specjalnie mógłbym ich ganić. Eksperyment – bo w przypadku tego zespołu tak właśnie jest – udał im się i wszystkie elektroniczne smaczki należy zaliczyć in plus. Tego nie mogę powiedzieć o samych utworach, bo nawet jeśli jaram się czystymi wokalami, których kiedyś (tyle) nie było, to swoista monotonia i powtarzalność mnie dobija. Uważam wręcz, że wszystkie te utwory, gdyby nie refreny, zlewają się w jedną, co prawda bardzo energetyczną i piekielnie koncertową całość, ale na dłuższą metę meczącą i pozostawiającą słuchacza w lekkiej dezorientacji czy dany numer się już skończył czy też nie.

To wrażenie wzmacnia produkcja albumu, również podobna do debiutu (czyżby to samo studio i producent?), aczkolwiek uważam, że w innej oprawie brzmieniowej ten album nie byłby zarówno tak przystępny, co wywołuje ogólnie pozytywne wrażenie, a z drugiej strony, paradoksalnie, tak nużący kompresją i plastikiem.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy