FEAR FACTORY – The Industrialist (Candlelight)

Fear Factory – bogowie industrialnego metalu, autorzy „Demanufacture”, płyty, która dokonała rewolucji wśród długowłosych piewców diabła.  Historia zespołu w pewnym momencie mocno się pogmatwała, nie ma zresztą sensu powtarzać, kto z kim się pokłócił, kto odchodził a potem wracał. Ostatni powrót syna marnotrawnego Cazares’a, w dodatku z Genem Hoglanem za garkami, zwieńczony doskonałą płytą „Mechanize” przywrócił mi nadwątloną wiarę w ekipę Dina, jednak to, co dostałem tym razem prowokuje do wniosku, że zespół powinien czym prędzej zmienić nazwę na Fun Factory. Logo pozostałoby przynajmniej bez zmian…

 

Już od pierwszych dźwięków czułem, że coś jest nie tak. Gdzieś przy trzecim kawałku moje podejrzenia zmieniły się w pewność, postanowiłem jednak poszperać i bez większego trudu znalazłem oświadczenie Cazares’a, że na „The Industrialist” sam, z małą pomocą zaprogramuje… bębny. No tak, syntetyczne brzmienie garków na początku dziwi a potem wkurwia, szczególnie po tym, co wyprawiał na poprzedniej płycie Gene Hoglan. Chęć skitrania paru dolarów była zapewne matką tego wielkopomnego pomysłu. Nic to, nie takie bowiem dziwactwa scena metalowa widziała.

Problem w tym, że im dalej w las tym… mniej drzew. Nie znalazłem na płycie ni jednej kompozycji, która mogłaby stanąć obok klasyków; wszystkie są grane na jedno kopyto, eksploatujące do wyrzygania firmowy patent opierający się na charakterystycznym unisono gitary rytmicznej i perkusyjnych stóp. Może Dino chciał dotrzeć do jądra industrialnego metalu? Jeśli tak, to spłonął zanim ruszył na wyprawę. Pół biedy jednak, jeśli chodzi o kompozycje. Najgorsze jest to, że Bell nie wymyślił na płycie choćby jednego, wpadającego w ucho refrenu. Nuci coś tam, porykuje, jednak mimo rozpaczliwych prób, w mojej głowie nie został ani jeden ciekawszy zwrot melodyczny. Płyta jako całość jawi się niczym breja, z której muzycy usilnie starają się wyrzeźbić choćby cień dawnej świetności. Oczywiście, stare (zgrane?) pomysły, zaprzęgnięte do stworzenia tego wyrobu czekoladopodobnego, chodzą jak należy, profesjonalnie, gładko, bezpłciowo jednym słowem.

Fear Factory AD 2012 to żałosny twór, składający się z Dina Cazaresa i Burtona C. Bella, którzy z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu starają się ciągle reanimować coraz bardziej śmierdzącego trupa.  Wielka szkoda. Jeśli macie ochotę na Fabrykę Strachu z czystym sumieniem polecam „Demanufacture”, „Digimortal” i „Mechanize”. Tyle.

 

Arek Lerch