FASHION WEEK – Prêt-à-Porter (Solar Flare)

Sezon na noise rocka trwa w najlepsze i nawet jeśli nie ma szans, by taka muzyka stała się czymś więcej niż tylko hałasem dla maniaków i wykolejeńców, co i rusz dostajemy płyty kolejnych, beznadziejnie zakochanych w rozkręconych na full wzmacniaczach, zespołów, które lepiej lub gorzej wychodzą ze starcia z najbardziej ekstremalną, alternatywną sztuką. Na tej fali pojawia się nowa płyta nowojorskiego trio Fashion Week, która udowadnia rzecz następującą: taką muzykę najlepiej grają zespoły, które wąchały smród klubów w jedynie słusznych dla noise’u latach złotej dekady.

Trudno sobie wyobrazić jak bardzo zdeterminowany musi być to zespół, skoro początek działalności datuje na rok… 1987. Masakra. Blisko trzy dekady w służbie hałasu zrobiły jednak swoje i dzisiaj muzycy potrafią wyciągnąć ze stylistyki samo dobro i są doceniani nawet przez takie gwiazdy jak Jarboe. Nowa płyta to z jednej strony esencja noise’a a z drugiej bardzo sprawne wymykanie się schematom.

Bo mamy tu i klasyczne aranżacje, nawiązujące do chociażby The Jesus Lizard – oparte na miażdżącej pracy sekcji „Fendi Bender” (trafiają się nawet momenty, gdzie podkład pod wokale tworzy tylko perkusista), jest charakterystycznie skrzecząca, nie – riffowa, pajęcza gitara i balansowanie dynamiką („Chorusace”). Trafiają się walcowate pochody w najlepszej tradycji Unsane zmiksowane z rewelacyjną rytmiką, z pełzającymi tool’owato riffami („Summer Line”). Zespół przygląda się math rockowi („Fur Free Friday” – znakomite partie perkusji, czy „Meek Is Miznabble”). Prawdziwe dobro zaczyna się jednak tam, kiedy muzycy wyłamują się ze schematów, jak w wolno rozkręcającym się, epickim kolosie „Klosstrophobia”. Wszystko zaczyna się niewinnie od fortepianu i rozwija się w monumentalny ciężki doom/noise’owy manifest. Jest i flirt z dronem (dziwaczny „FASHION”=~S/(\$)/COLLAPSE/GSO”) a na koniec zespół częstuje słuchacza piosenką „Haute Topic”, która pokazuje, jak grałby Therapy?, gdyby na pewnym etapie nie zrezygnował z noise’a. A może to The Jesus Lizard dzisiaj tak właśnie brzmiałby, kto wie…Band

Fashion Week niczego nowego nie odkrył, ale pokazał, że znane klocki można – ponownie! – ułożyć w coś ciekawego. Nie powiem, były momenty, kiedy już, już miałem wrzucić recenzję do działu Album Tygodnia, jednak to nadal mocno zgrana sztuka i trochę nowojorczykom brakuje do finezji chociażby KEN mode. Co nie zmienia faktu, że ta płyta to kawał porządnego, zagranego z jajem alternatywnego i hałaśliwego rocka z Ameryki. Polecam. Szukajcie… wiadomo gdzie.

Arek Lerch

Pięć