FAITH NO MORE – Sol Invictus (Ipecac/Reclamation)

Za starych, dobrych czasów, „letnią porą” – jak mawiają w podlaskim – upodobałem sobie wyszukiwanie specjalnych płyt, przy dźwiękach których oddawałem się urokom ciepłego, wyzwolonego z palt świata. To ich twórcy codziennie projektowali moją lipcową garderobę, dodawali otuchy na którejś z drugich randek i chmielu na sopockiej plaży. Patrząc na statystyki, z metalowych otchłani najwięcej letnich muzaków na mojej wakacyjnej liście umieściło Faith No More. Albumy per se dalekie od ideału, tekściarsko nieistotne, a słuchane do potocznego wyrzygania. Co by nie mówić o poprawnym „Sol Invictus”, to klasyczny, letni „album roku”.

Choć z początku „Sol Invictus” nie przekonuje. Mike Patton, wypstrykany w Fantomasach i Tomahawkach z rzadka popisuje się swoim gładkim zaśpiewem, wysługując się niskim gangsta-italiano. Billy Gould, przyczajony jak za wstrzemięźliwych czasów „Album Of The Year” czy Jon Hudson, który unika grania na gitarze – wszystko to sprawia wrażenie gry na pół gwizdka. Wykonawczo brakuje tu blasku i tej zawsze obecnej w muzyce FNM mega świeżości. Na szczęście zespół, jako kolektyw kurewsko zdolnych muzyków, dobrze się zabalsamował i nie interesuje go jakie krzywdy wyrządził mu czas. Wstęp wolny dla każdego komu miły luz, eklektyzm i wpadająca w ucho piosenka. Bo sprawdzona formuła pozostała niezmieniona. W rozkroku między powagą a tygryskowym brykaniem, refleksją a destrukcją, Faith No More pokazuje młodzieży jak należy wykonywać dobre rzemiosło. Wkrótce przychodzi zatem i racjonalizacja opinii, i przyjemność z obcowania z muzyką. Półgwizdkowy FNM to FNM już z okresu „King For A Day…”, więc wyjaśniamy sobie to nieporozumienie prostym równaniem stare=dobre, nowe=dobre, gdy stare.Dustin Rabin Photography, Faith No More, FNM, Dustin Rabin

Właściwie nastawieni, słuchamy. Otwierający płytę „Sol Invictus” to stary, ukochany i pięknie nostalgiczny Patton oraz my – pewni, że to naprawdę jest Faith No More, które wraca do domu. Orientalnie i całkiem wściekle brzmiący „Superhero” to świetny tekst i doskonała, wpadająca w ucho melodia w refrenie. W mniej porywającym, zrelaksowanym „Sunny Side Up”, FNM w swoim niechceniu ponownie serwuje prosty refren, który zostaje w głowie na długie dni. „Separation Anxiety” to pierwszorzędne, mroczniejsze granie w stylu Deftones, które zostaje zaburzone przez niepotrzebnie wentylujący atmosferę, pospolity… refren, oczywiście. Po rapująco-frapującym „Motherfuckerze” hołdującym starym, funkującym czasom, dostajemy najlepszy na płycie „Matador”, gdzie klasyczne klawisze Roddy’ego Bottum’a walczą z niepokojącą gitarą Hudsona, a cały zespół pokazuje, że poważniejsze granie wychodzi mu lepiej niż pajacowanie.

„Sol Invictus” to album nierówny. Pastiszowe fragmenty western music przełamywane metalowym złomem w „Black Friday” to badziew, który mógłbym przełknąć na płycie Crazy Town. Nijaki „Back From The Dead” nie ma startu do lekkości i zarazem gęstości „Midnight Cowboy” czy „Pristina”. A reszta… a reszta po prostu od razu wpada w ucho i pod nogę. Więcej nie wypada oczekiwać – stuprocentowa satysfakcja w granicach dwustu procent rozsądku. Szczególnie gdy wielki gorąc przed nami.

Kuba Kolan

 Cztery