EXIT EDEN – Rhapsodies in Black (Napalm Records)

Popowe przeboje w symfoniczno-metalowych aranżacjach. Czy może być coś gorszego? Ja zapytam: czy może być coś lepszego? Gdy tak zwany „dobry pop” za sprawą umetalowienia zwiększa swoją masę i objętość, dla jednych staje się nieznośną, popową karykaturą, dla innych ucieleśnieniem powiedzenia „hulaj dusza, piekła nie ma”. Wcale nie z przekory kwalifikuję się do trzeciej grupy – jednoosobowego zbioru dziwnych ludzi, którym Exit Eden potrzebny był do szczęścia. Takiego małego, z którym trzeba obnosić się po ludziach.

Każdą dobrą piosenkę można źle „skowerować”, ale z drugiej strony, przy jej interpretacji dobra piosenka bardziej pomaga niż przeszkadza, tym bardziej, gdy ma się odpowiednie narzędzia do jej wykonania. A te są na „Rhapsodies in Black” nie najgorsze: cztery panie z zespołów częściowo mi znanych i nielubianych postanowiły zrobić coś, co zieje czystym koniunkturalizmem. Być może w pojedynkę ich macierzyste zespoły grające raczej drugoligowy, operowy power metal, nadal śniłyby o karierze na miarę Within Temptation, a tak, niczym Kapitan Planeta ich połączone siły dały światu coś, co przypomina poziomem wykonania i stylistyką… Within Temptation właśnie. Ciężkie gitary, trochę orkiestracji i dużo chwytliwych wokali – skrojone profesjonalnie, zgodnie z najnowszymi trendami symfonicznego popmetalu.

Na pierwszy plan wybija się Clementine Delauney – Francuzka znana z Visions of Atlantis i Serenity. Miałem tą przykrość posłuchać co robią owe grupy i stwierdzam, że dopiero w Exit Eden, w popowym repertuarze, wolnym od walki z gitarowymi patatajami, pani Klementyna pokazuje niesamowite umiejętności wokalne. Jej głos jest wybitnie plastyczny i wydaje się wręcz igrać z prostymi melodiami ze świata komercji, zachowując przy tym popową charakterystykę bliską Delain. Przeciwwagą dla niej stanowi lekko zachrypnięty odpowiednik Pink – Anna Brunner (dotąd bez przydziału) oraz operowe głosy z nutką rockowej zadziorności Meat Loaf i Jennifer Rush – Marina La Torraca (m.in. Avantasia) i Amanda Sommerville – zapamiętana przez nikogo jako wokal wspierający Epica. exit-eden-header

A teraz najważniejsze, czyli piosenki. Trudno mówić tu o profanacji oryginałów, bo pop jako muzyka dla mas była, jest i będzie daleka od sacrum, nawet jeśli dzisiaj ktoś chciałby uważać „Like A Prayer” albo „Last Christmas” za piosenki religijne albo przynajmniej koncentrujące się na ludzkiej duchowości. W ostateczności krytycy mogliby krzyczeć o zamachu na dobry gust słuchacza, ale ci mnie nie interesują. A zatem nie po kolei, ballada „Unfaithful” Rihanny nabrała fajnego rozpędu i dramaturgii. Cztery różne wokale (w tym trzy europejskie) w miejsce zawodzenia pani z Barbados to dobra wiadomość. „Paparazzi” – w oryginale średnio udana piosenka, taka jest i tutaj, natomiast fenomenalną robotę w zwrotkach odwala znowu Delauney, pokazując Lady Gaga gdzie raki i amerykańskie gwiazdki pop powinny zimować. Słabo wypada „Frozen” Madonny, bo i twórczość Włoszki skończyła się na dobrym „Deeper And Deeper”; cudów nie należało zatem oczekiwać. Błyszczy za to na płycie „Firework” Katy Perry. Umiejętności czterech pań są na tyle wystarczające, że nie uroniły nic z wielkiej ekspresji, którą popisuje się w oryginale Kanadyjka. Nijaki „Skyfall” niejakiej Adele nadal pozostał nijaki, z czego można wyprowadzić prostą prawidłowość: utwory, które podobały mi się w oryginalnych wykonaniach, podobają mi się również w przedstawionych interpretacjach. Wyjątkiem jest tutaj „A Question of Time” Depeche Mode, który został popsuty zbyt muskularnym, operowym głosem w refrenie.

Część mnie pyta czy tak wygląda to całe „guilty pleasure”. Część mnie słusznie twierdzi, że nie ma powodu do wstydu, skoro nie ma winy, skoro ja i ja zostaliśmy tak wstrętnie stworzeni przez kogoś z poczuciem humoru…

Kuba Kolan

Cztery