EXHUMED – Necrocracy (Relapse)

Przez okienko Nekrokracego świat jest psiejski-czarodziejski, przez okienko Nekrokracego do was się uśmiecham dziś… Oczywiście tytuł nowej płyty Exhumed nie nawiązuje tak naprawdę do jednego z herosów mojej młodości, tylko do modnego ostatnimi czasy ustroju politycznego, ale dlaczego nie przypomnieć w tym miejscu tej kultowej pacynki, skoro wyobraźnia sama podsuwa takie skojarzenia? W gruncie rzeczy Pankracy spokojnie mógłby dzisiaj być Nekrokracym i siać terror wśród innych pacynek jako rozkładające się, wściekłe wełniane zwłoki, a Exhumed mogliby o tym śpiewać. Tak się jednak (niestety!) nie stało, więc wróćmy może na właściwe tory…

Nie ukrywam, ze zakochałem się w poprzedniej płycie Exhumed, „All Guts, No Glory” i nie za bardzo byłem w stanie zrozumieć dlaczego cały świat (ten metalowy przynajmniej) tej miłości nie podziela. Jak dla mnie album ten powinien cieszyć się szacunkiem podobnym do „Macabre Eternal”, nawet jeśli obiektywnie rzecz biorąc mówimy o zespołach innego kalibru. Dlatego też „Necrocracy” była płytą bardzo przeze mnie wyczekiwaną i obstawiałem, że będzie w tym roku jednym z mocniejszych muzycznych strzałów. Tymczasem teledysk do „Coins Upon the Eyes” dość mocno zbił mnie z tropu, zarówno treścią (dość nietypowa dla tego zespołu próba komentarzu politycznego), jak i formą. Od strony muzycznej najbliżej temu utworowi do najmniej przeze mnie lubianej z dyskografii Exhumed „Anatomy is Destiny”, więc na kolejny album w stylu „All Guts…” czy „Gore Metal” nie było co liczyć.

W rzeczywistości Exhumed poszło na „Necromancy” nawet o krok dalej, nagrywając swój odpowiednik carcassowego „Heartwork”. Nie przypadkiem zresztą odnoszę się tutaj do tej angielskiej ekipy, bo nie jest tajemnicą, że ich twórczość zawsze stanowiła dla bohaterów tej recenzji jedną z głównych inspiracji, a w kontekście zawartości „Necrocracy” szczególnie ciężko byłoby im się tego wyprzeć. Oczywiście jest to jak zwykle podlane ostrym sosem domowej roboty, więc nie rozpatrywałbym tego jako kopiowania, tylko raczej lepienia własnych Golemów z pożyczonej gliny. Skoro jednak w przypadku wspomnianego Carcass na dzień dzisiejszy o wiele chętniej sięgam po debiutancki „Reek of Putrefaction” niż po „Heartwork”, to czy Exhumed dało radę wyjść z takiego zwrotu stylistycznego obronną ręką? O dziwo tak. Mimo, że bliżej mi do tego bardziej zbrutalizowanego oblicza autorów „Necrocracy”, płyty tej słucha mi się bardzo dobrze i wybaczam im to lekkie rozmiękczenie stylu, tak jak kochający ojciec wybacza swojemu synowi słabość do różowych swetrów, tak długo jak nie przychodzi on do domu trzymając za rękę swojego kolegę o podobnych upodobaniach. Niezależnie bowiem od obranej formy, Exhumed bronią się świetnymi kompozycjami i bijącą z tych dźwięków pasją. Odważę się nawet lekko zabluźnić i powiedzieć, że Matt Harvey spokojnie mógłby sprzedać tę płytę chłopakom z Carcass, którzy pod swoim szyldem zrobiliby nią pewnie większą furorę niż zrobią z „Surgical Steel”. W każdym razie zamieszczone w sieci fragmenty tej ostatniej wskazują, że Amerykanie górą.

Wygląda zatem na to, że Pankracy nie wrócił z grobu (jeśli czytają to dzieci, to niech się nie martwią – tak naprawdę Pankracy wciąż żyje i ma się dobrze), ale Exhumed po raz kolejny udowodniło, że w death/gindowym graniu starej szkoły dzielą i rządzą. Nawet po tej bardziej melodyjnej stronie carcassowej rzeki, gdzie próżno szukać zdjęć wydartych z encyklopedii medycznej, a okazjonalny blast pojawia się bardziej z poczucia obowiązku niż faktycznej potrzeby obrócenia świata w pył. Mnie w każdym razie „Necrocracy” bardzo się podoba i bez najmniejszych wyrzutów sumienia będę ją sobie na okrągło puszczał i nucił te melodyjne riffy. Zresztą w gruncie rzeczy jest to nadal stary, dobry Exhumed, tylko zamiast jeść rękami chwyta za nóż i widelec, a po skończonym posiłku, ku zaskoczeniu wszystkich zgromadzonych, wyciera swoją paskudną gębę serwetką.

Michał Spryszak

Pięć