EXHUMED – Gore Metal Redux: A Necrospective 1998 – 2015 (Relapse)

Wydaje mi się, że z wiekiem trochę lepiej rozumiem fanaberie twórców muzyki, która towarzyszy mi od lat. A przynajmniej staram się wytłumaczyć sobie – na poziomie intelektualnym, bo gnane sentymentem serce się buntuje – że ludzie się zmieniają i że na przestrzeni czasu mają inne cele, ambicje i postrzeganie własnych dokonań. Dlatego właśnie przyjmuję do wiadomości, że zespół Exhumed był od lat niezadowolony ze swojego płytowego debiutu i wreszcie postanowił, że nagra go na nowo i poprawi sam siebie. Ok, niech i tak będzie, przy czym nijak nie sprawia to, że „Gore Metal Redux” jest tworem do czegokolwiek mi potrzebnym.

Warto od razu zaznaczyć, że Exhumed znam i wielbię właśnie od kiedy usłyszałem ich debiut. W 1998 roku byłem (i do dziś jestem) psychofanem pierwszych płyt Carcass, bardzo też lubiłem (i do dziś lubię) „Endless Pain” Kreator. „Gore Metal” kumulował brzydotę i patologię „Symphonies of Sickness” z przebojowością i riffowaniem tytanów teutońskiego thrashu. Przez lata zżyłem się z ich muzyką, a sympatia tylko wzrosła kiedy okazało się, że Matt Harvey, podobnie jak niżej podpisany, interesuje się death metalem i komiksami Marvela w stopniu absolutnie nie przystającym do wieku. Nadto, występ Exhumed w Eric Andre Show to prawdopodobnie najlepsze 30 sekund w historii telewizji. Fanowskiego uwielbienia nie nadszarpnęła nawet przepchana późnocarcassowymi melodiami „Necrocracy”, która momentami może rozbiegać się z moim gustem, ale jej istnienie nie ujmuje nic starym płytom zespołu. „Gore Metal Redux” jest ich pierwszym wydawnictwem, które odrzucam w całości, co odnotowuję z pewną przykrością.

„Gore Metal Redux” zrodził się z przeświadczenia zespołu, że ich debiut brzmiał źle i był nagrany przez półamatorów. A ja się pytam – czy nie taki właśnie powinien być album młodego zespołu grającego grindcore? Patrząc z perspektywy wyżej wspomnianego „Necrocracy”, pierwsza płyta Exhumed faktycznie buczy, trzeszczy i brzmi, jakby miks i mastering robiono w busie jadącym przez Olsztyn (kto jechał przez Olsztyn ten wie o co chodzi). Tylko co z tego? Oryginalnemu „Gore Metal” nic nie brakuje i kto jak kto, ale Matt Harvey powinien to rozumieć najlepiej. Po 17 latach ta płyta wciąż wyrzuca z kapci mocnymi numerami, zwierzęcymi wokalami i cudownym gówniarskim debilizmem. Nagrana na nowo tłucze po uszach terkotem podbitej w miksie perkusji, razi jakimiś bzdurnymi melodyjnymi leadami powciskanymi tu i tam, mierzi pozbawionym pary pohukiwaniem. Jeżeli zespół czuje się wreszcie spełniony to winszuję, jeśli młodsi słuchacze odnajdą w tym coś dla siebie, cieszę się ich szczęściem. Ja dziękuję, postoję – „Gore Metal Redux” ekscytuje mnie równie mocno co „Psychoza” Gusa van Santa i zeszłoroczny remake „Robocopa”. Exhumed

Naturalnie nagrywanie staroci na nowo nie jest niczym nowym w ekstremalnym metalu. Morbid Angel i Suffocation od lat dopychali płyty pojedynczymi numerami z czasów „przedalbumowych”, zawsze ciekawie dopełniającymi nowy materiał. Z drugiej strony Vader, Exodus czy Destruction wydali całe beznadziejne albumy z pięknie, czysto i bezjajecznie brzmiącymi wersjami klasyków, które rzekomo miały w ten sposób zyskać drugie życie. Wszystkie takie wydawnictwa dokumentują błędne przeświadczenie, że odgrzany kotlet będzie świetnym remedium na twórczą niemoc, bo choć pomysłów brak, to gramy lepiej niż 20 lat temu, więc sukces murowany. Nie zdziwię się, jeśli pewnego dnia Repulsion odświeży „Horrified”, bo im zawsze „te gitary za bardzo bzyczały”, Carcass nagra „Re-reek of Putrefaction” z brzmieniem „Surgical Steel”, a Paul Speckmann wejdzie do studia z Tonym Laureano, aby zarejestrować „On The 8th Day God Recreated Master”. Żadna z nich nie będzie nadawała się do słuchania, wszystkie podzielą niechybny los „Gore Metal Redux” i przepadną jak łzy w deszczu. Sięgnijcie lepiej po oryginał.

Bartosz Cieślak

Dwa