EVIL MACHINE – War In Heaven (Arachnophobia Records)

Fakty, które i tak znane są każdemu maniakowi evil metalu, są następujące. Zespół  Evil Machine założony został w 2005 roku, jako niecny plan wokalisty Semihazah’a, gitarzysty Hala (min. Vader), do których zdecydowali się dołączyć znany z Dead Infection Cyjan (bębny) i basista Cyprian (ex – Hate). Machina rozkręcała się powoli, bo nagrania debiutanckiej płyty trwały, zapewne z przerwami do, bagatela, 2012 roku. Premiera miała miejsce pod koniec 2013, a czego też tam możemy posłuchać? Wiadomo – obskurnego, finezyjnego niczym czołgowa gąsienica, śmiertelnego metalu.

Tak, tak, Lerch pisze o oldskulowym def metalu. Naprawdę! Sam w to nie wierzę, ale zauważyłem, że po okresie totalnego przesytu taką stylistyką, powoli odzyskuję ochotę na gitarowy beton. Po lekturze pop rockowych indie odmieńców, zanurzam zatem łapę w beczce smoły i wyciągam debiutancki long białostoczan. Trochę się na niego naczekaliśmy, może i muzyka zdążyła lekko zatęchnąć, ale w takiej, nieco zapleśniałej formie smakuje (tfuuu…) najlepiej. Nazwiska gwarantują oczywiście odpowiedni poziom dźwięków, jeśli jednak ktoś liczy na techniczny onanizm i finezyjny orgazm, może wracać do domu.

Do apelu przywołani są miłośnicy, znaczy maniacy, starego, klasycznego i przedpotopowego death metalu, w swojej archetypicznej, nawet może lekko punkowej formie. Prostota tego materiału jest oczywiście nieco zwodnicza, bo przecież muzykanci przedni tworzą zespół – słychać to przede wszystkim w warstwie kompozycyjnej. Proste, ale nieźle chwytliwe riffy, tłusta, duszna atmosfera od razu przywołują starą szkołę. Lubię, kiedy gitarowy hałas jest rozpoznawalny i nosi znamiona myślenia, niezależnie, jaką opcję się prezentuje i właśnie na „War in Heaven” dostaję doskonale skrojony kawał metalu, będącego nie tylko bezsensownym hałasem, ale świadomym, zakorzenionym w przeszłości wyziewem. Tych riffów nie powstydziliby się ojcowie założyciele z Hellhammer i Venom na czele. Zanim pójdę oczyścić duszę z czarnej zarazy, dodam, że znamienne dla tej muzyki jest to, że dzisiaj wywołuje ona chyba większe ciary na plecach niż ileś tam lat temu, co oczywiście jest tylko moją interpretacją, bo przecież „WTEDY” słuchałem co najwyżej Psów Wojny. Nie mogąc się już bardziej pogrążyć, kończę ten nudny wywód.Evil Machine band

„War in Heaven” ma w sobie wojenne napięcie, niezłą dynamikę, tony brudu i co najmniej 70% rogatego na kilogram metalu. Jest bardzo dobrze, czyli cholernie źle. Zważywszy, że za wschodnią granicą wrze, plusk szykuje mobilizację a sikorka zwołuje demony wojny, już niedługo wojaki będą w czołgach dla kurażu puszczać sobie „War in Heaven”. Przy takiej adrenalinie na pewno nie tylko pomożemy braciom ze wschodu, ale zawojujemy cały kraj dawnych rad. Jeśli oczywiście wcześniej nas nie wykończą.

Arek Lerch

Zdjęcie: Aga Krysiuk

Cztery i pół