EVERYDAYHATE – z petardą w kieszeni…

Gdy mój psychiatra pyta w czym znajduję ukojenie odpowiadam wprost: świat wydaje mi się piękniejszy gdy słucham grindcore! Po tym wyznaniu zawsze dostaję nową receptę na garść kolorowych pigułek, dzięki którym miłość do świata wznieść można do rozmiarów tytanicznych. Oczywiście, celem tego tekstu nie jest przedstawienie kondycji nadwątlonej i marnej psychiki niżej podpisanego a dwa zdania o ostatnich wydawnictwach wytwórni, która w temacie romantycznego hałasu od ładnych paru lat cechuje się prawdziwym smakiem i artystycznym gustem. Scena grindcore pełna jest tworów, których muzyczna jakość ociera się o dół kloaczny, dlatego też z prawilnym zdziwieniem obserwuję katalog polskiej EveryDayHate. Co materiał to cios. Co zespół to wart uwagi. Odpalamy petardę. Czas na przegląd płyt z muzyką do tańca i do różańca…

MINDFLAIR Scourge Of Minkind  Trzeci album niemieckich grindcore’owców to zdecydowanie najlepsza rzecz jaka przydarzyła się im do tej pory. Śmiem nawet twierdzić, że materiał ten wszelkie poprzednie nagrania tej całkiem przecież w półświatku znanej ekipy zmiata w kilka intensywnych minut. „Scourge of Minkind” to obezwładniająca mieszanka powerviolence/grindcore. Prawdziwa, wulgarna orgia hałasu gdzie w ciągu niespełna pół godziny dzieje się naprawdę dużo dobrego. Jeśli wpadniemy w pułapkę szufladkowania jeszcze zanim zapoznamy się z tym materiałem, wyrobimy sobie o nim zdanie: nuda, blasty, bzdety, piruety. Jednak uwierzcie mi – póki co, na słowo – makabryczny styl niemieckich grajków to coś zdecydowanie więcej niż kolejny hałas bez pomysłu. Każdy numer jest jak chora miniaturka uderzająca w sam środek czaszki naprawdę ciekawymi pomysłami. Czasem będzie to ultra szybkie a jednocześnie połamane i zakręcone tempo, czasem skandowany, punkowy wokal a wszystko podlane bardzo sensownym tłustym i selektywnym brzmieniem oraz gęstą jak sto diabłów plątaniną gitarowych riffów. Może Mindflair nie odkrywają niczego nowego na muzycznej mapie świata, ale osobiście stawiam ich dziś obok takich wirtuozów radykalnego hałasu jak The Kill czy ACxDC. Duszna, dzika i nieposkromiona muzyka, której nie sposób nie docenić jeśli lubi się molestować hałasem z wysokiej półki.

ARCHAGATHUS Dehumanizer  Brzydka okładka, brzydki tytuł i a jakże brzydka muzyka. Staroszkolny grindcore/punk to jest to co tygrysy kochają jeszcze bardziej niż urugwajskie reptile retro porno. Archagathus opanowali niemal do perfekcji sztukę tworzenia materiałów bardzo dynamicznych i obskurnych jednocześnie. Nie oszukujmy się, tu nie ma miejsca na wirtuozerię; te dźwięki mają kaleczyć surowym brzmieniem i bezkompromisową formą. „Dehumanizer” to materiał, który najwięcej wspólnego ma ze starą sceną punk z czasów gdy muzyka ta nie była jeszcze przesiąknięta koniunkturalnym blichtrem. Powiedzieć można, że Archagathus nie proponuje nam wiele więcej niż zwyczajowe „trzy akordy – darcie mordy”, ale gdy tylko złapiecie flow jakim kipi ten materiał jego prostota i niewymuszony, chamski luz staną się największą z zalet za które pokochacie najnowsze wydawnictwo kanadyjskich maniaków hałasu. „Dehumanizer” to toksyczna dawka hałaśliwej ekstremy, która mimo brzydoty bijącej od tego dzieła na kilometr ma swój niezaprzeczalny urok.okladki

TRIGGER Start our Revenge  Czy może być coś piękniejszego niż chaotyczny, zagrany na pełnej kurwie poverviolence? Nie może. Dlatego też krótką recenzję debiutu tegoż zespołu mógłbym zakończyć już teraz, ale by dać Wam choć namiastkę kierunku w jakim zdecydował podróżować ten twór napiszę, że dawno nie słyszałem tak wynaturzonej muzyki. Słowa – klucze do twórczości tego zespołu to wynaturzenie – podlejmy grindcore solidną dawką noise’owych zgrzytów a uszy zaczną krwawić i muzyka – bo mimo wszystko to co tworzy Trigger nadal zasługuje na takie miano. Dzikiej, chorej, zwierzęcej, ale nadal muzyki, w której jest całkiem sporo ciekawego do usłyszenia. Oczywiście, jeśli przebijemy się przez ogłuszającą kakofonię totalnej zagłady jaką bez umiaru serwują Niemcy. „Start our Revenge” to jeden z lepszych, radykalnie grindcore’owych albumów jakie słyszałem w ostatnim czasie a tak się złożyło, że tego typu piosenek o miłości słucham naprawdę dużo.

WARFUCK Neantification  Kolejnym, interesującym wydawnictwem, w którym w ostatnim czasie maczał palce EDH jest drugi album francuskiego Warfuck. Krótkie spojrzenie na okładkę czy layout wydawnictwa i od razu wiemy, że trafiła się nam ekipa zaangażowana w boje społeczno-polityczne, jednak w moim odczuciu zdecydowanie ważniejsze jest to jak panowie obracają instrumentami. „Neantification” to kawałek dość typowego grindcore, ale jest to też kolejny twór, który po pierwsze nagrywa grindcore, który brzmi a po drugie komponuje coś więcej niż oparte na jednym prostym riffie toporne strzały, górnolotnie zwane przez upośledzonych twórców grindcore. Warfuck grają muzykę bardzo energetyczną i rytmiczną co podkreślają dwie linie wokalne na jakich opiera się większość numerów. Dialog wrzasku z growlem to pomysł stary jak świat, ale mimo wszystko w połączeniu z konkretnie zagraną muzyką ciągle jest w stanie przyspieszyć bicie niejednego, grindowego serducha. Mocny, ciekawy materiał, który zwyczajnie przykuwa uwagę na 25 intensywynych minut. Bardzo ciekawie wypada zimne, pełne niepokojących dźwięków zakończenie albumu. Jeśli Warfuck na kolejnym wydawnictwie pójdą właśnie w kierunku grania bardziej nieoczywistego, przeplatanego większą ilością przeszkadzajek to mówiąc kolokwialnie nie będzie co zbierać.

Wiesław Czajkowski