ETERNAL DEFORMITY – The Beauty of Chaos (Code666 Records)

Być może to bardzo kiepski początek recenzji płyty Eternal Deformity, ale stylistyka, jaką uprawia formacja z Żor to jeden z bardziej grząskich, muzycznych rejonów, w dodatku zazwyczaj odczuwam po lekturze takich dźwięków niestrawność. Bo symfoniczny/progresywny metal częściej jest karykaturalny niż frapujący. Szczególnie w krajowym wydaniu. Eternal Deformity na szczęście wystrzega się głównych grzechów gatunku…

Mój problem z taką muzyką polega na tym, że na półce stoją trzy płyty, które opisywaną niszę zdefiniowały i w zasadzie skończyły –  „La Masquerade Infernale” Arcturus z 97 roku, „The Mother and the Enemy” Lux Occulta z 2001 oraz „Rat Age” Thy Disease z 2006. Te płyty – choć tak od siebie odległe –  rozprawiły się z symfonią i elektroniką w metalu po mistrzowsku (niezależnie, czy do słowa „metal” dodamy „black” czy „doom”…) i w zasadzie rzadko kiedy można spotkać krążki lepiej łączące ciężkie gitary, rozbudowane aranże i pracę parapeciarza w sposób nie wywołujący śmiechu. W takim właśnie kontekście staje twórczość Eternal Deformity.

Żorska formacja powstała w 93 roku i jak dotąd popisała się pięcioma albumami. Najnowsza płyta to w zasadzie koncepcyjna kontynuacja młodszej o kilka lat „Frozen Circus”, rozwijająca w przyjemny sposób wątki zarówno metalowe jak i te spoza działki. W zasadzie muzyka zespołu to klasyczny przykład symfonicznego metalu, który pozostaje w dość osamotnionej pozycji. Dlaczego? Bo część zespołów z tego nurtu zradykalizowała się i przeszła na stronę mocniejszych dźwięków a część z symfonii odpłynęła na stronę progresji. Eternal Deformity też z zainteresowaniem tam spogląda, choć nadal zachowuje atrybuty zespołu metalowego. Podstawą kompozycji jest konkretny, jadowity riff, choć w sumie bałbym się stosowania w stosunku do niego określenia „black” czy „doom”. Mocna podpora w postaci wyrazistych partii gitarowych, wzbogacona jest o ciekawie zróżnicowane wokale – jest growl, ale także cała paleta czystego śpiewu. Ciekawie zaczyna robić się na poziomie aranżacji. Eternal bardzo często wprowadza klimatyczne rozjaśnienia metalowej młócki i to w nich najczęściej przegląda się lekko progresywny duch tej muzyki. Na szczęście, są one bardzo harmonijnie wplecione w kompozycje, dzięki czemu dźwięki nie są kwadratowe, co jest nagminną bolączką takich zespołów. Eternale to wyjadacze, którzy potrafią swoje pomysły okiełznać i sprzedać. Nie ma zatem znaczenia, że gdzieś słyszę Arcturusa a w innym miejscu Riverside, bo takie porównania naszych bohaterów wcale nie obrażają.  Dzięki sprawnym aranżom klawiszowe pasaże płynnie przenikają się z rasowym, potężnym przyłożeniem, także melodyce nie można wiele zarzucić. To ciekawe kompozycje do wielokrotnego użytku. Jeśli zaś miałbym się czegoś przyczepić, to jedynie tego, że zespół w wielu miejscach zbyt kurczowo trzyma się gatunkowych kanonów. Mając w pamięci wspomniane gdzieś we wstępie płyty, chciałoby się, by warstwa syntezatorowa była nieco bardziej pokręcona i starała się współtworzyć meandry kompozycji a nie tylko otulać rockowy drive kawałków całunem speudo – symfonicznych orkiestracji. Rzecz jasna – nie wymagam od Eternal Deformity  by na siłę szedł w stronę mroku chociażby Spektr, ale nie pogardziłbym bardziej „kwaśnymi” syntetykami.

Eternal Deformity popisał się – jak już nadmieniłem –  piątą płytą i ten fakt nasuwa też pytanie, dlaczego tak dobrze dysponowany zespół nadal pozostaje w cieniu, tym bardziej, że zbytniej – sensownej – konkurencji na swoim poletku nie ma. Być może wynika to z faktu, że moda na symfo (black) metal jednak troszkę przeminęła, choć nie sugeruję w tym miejscu, że zespół powinien zmienić front. Myślę, że jeśli wytrwale – a tej cechy nie można im odmówić – pójdą dalej w wytyczonym kierunku, w końcu uda się zaistnieć w szerszej świadomości. Może jednak w tym celu należałoby troszkę muzycznie zaryzykować?

Arek Lerch

Cztery